ul. ks. Ściegiennego 2, 06-400 Ciechanów 23 672 44 96 sekretariat@tygodnikciechanowski.pl Pon.-Pt.: 8.00 - 15.00

Po siedmiu latach sprawa ciechanowskiego pielęgniarza zakończona. Szpital zapłacił mu kilkaset tysięcy złotych

Kilkadziesiąt spraw, setki godzin rozpraw, postępowania przed sądami w Ciechanowie i Płocku oraz przed Sądem Najwyższym. Po ponad siedmiu latach zakończyła się sprawa pielęgniarza Łukasza Kierskiego, którego w grudniu 2018 roku zwolniono dyscyplinarnie z ciechanowskiego szpitala po oskarżeniu o pobicie pacjenta na oddziale psychiatrycznym. Ostatecznie szpital ma wypłacić mu kilkaset tysięcy złotych należności za czas, kiedy pozostawał bez pracy. Dla Kierskiego najważniejsze nie są jednak pieniądze.

Kilkadziesiąt spraw i setki godzin w sądach 

- To nie jest jakieś zwycięstwo. To jest ulga, że to się skończyło, oczyściłem swoje dobre imię i tyle – mówi w rozmowie z naszym portalem.
Sprawa zaczęła się w grudniu 2018 roku. Łukasz Kierski pracował wówczas jako pielęgniarz na oddziale psychiatrycznym (na Grędzicach) ciechanowskiego szpitala. Według przedstawianych wtedy zarzutów miał stosować wobec pacjenta przemoc, w tym kopać go i uderzać w twarz. Szpital potraktował sprawę bardzo poważnie. Pielęgniarz został zwolniony dyscyplinarnie, a sprawa została zgłoszona organom ścigania.

O tej historii jako pierwsi pisaliśmy w „Tygodniku Ciechanowskim” już w kwietniu 2019 roku. Na pierwszej stronie tygodnika znalazł się wówczas tekst zatytułowany „Co się wydarzyło w psychiatryku?”, a nad nim pytanie: „Wilczy bilet dla pielęgniarza z ciechanowskiego szpitala”. Opisywaliśmy wówczas zarzuty wobec Kierskiego, postępowanie prokuratorskie oraz jego wersję wydarzeń.

Zwolniony za pobicie, którego nie było 

Od początku pielęgniarz przekonywał, że do żadnego pobicia nie doszło. Kluczowym dowodem okazał się monitoring z oddziału. Problem polegał na tym, że - jak relacjonuje dziś Kierski - to on sam musiał dotrzeć do nagrania i je zdobyć. Materiał pokazał, że opisywane przez świadków zdarzenie nie wyglądało tak, jak przedstawiano je w zarzutach. - Udowodniłem, że jestem niewinny. Nie było żadnego pobicia. Pacjenci po prostu kłamali, a ja dostarczyłem monitoring, który świadczył o tym, że tego pobicia nie było - mówi.

Monitoring, który zmienił bieg sprawy

Monitoring był dla całej sprawy przełomowy. Postępowanie prokuratorskie zakończyło się umorzeniem, a Kierski nie usłyszał zarzutów. Jak podkreśla, późniejszy wyrok sądu pracy, który przywrócił go do pracy, nie wynikał z jego ochrony związkowej, lecz przede wszystkim z tego, że nie było pobicia, za które został zwolniony.
Na początku stycznia 2019 roku Kierski złożył pozew do sądu pracy, domagając się przywrócenia do pracy oraz wypłaty wynagrodzenia za cały okres pozostawania bez pracy. Na powrót do szpitala musiał czekać aż do stycznia 2023 roku. Pierwszy wyrok zapadł 8 grudnia 2022 roku. Sąd przywrócił go do pracy, ale jednocześnie nie przyznał mu pieniędzy za cały okres pozostawania bez zatrudnienia. Powodem była kwestia ochrony związkowej.

Sąd przywrócił go do pracy. O pieniądze musiał walczyć dalej 

Kierski nie odpuścił. Złożył apelację do sądu drugiej instancji w Płocku, a później sprawa trafiła do Sądu Najwyższego. Ten uznał, że wcześniejsze sądy oraz pracodawca błędnie interpretowali przepisy dotyczące ochrony związkowej. Sprawa została skierowana do ponownego rozpoznania. W 2025 roku sąd drugiej instancji musiał jeszcze raz się nią zająć, już uwzględniając wytyczne Sądu Najwyższego.

Ostateczny wyrok zapadł 7 sierpnia 2026 roku. W ten sposób po ponad siedmiu latach zakończyła się batalia o należne Kierskiemu wynagrodzenie za okres, w którym nie mógł pracować. Szpital wypłacił pieniądze, choć między stronami pozostały jeszcze kwestie dotyczące rozliczeń podatkowych. Sam Kierski mówi o tym jako o ostatnim szczególe całej sprawy.

Przez te lata odbyły się dziesiątki postępowań. - Kilkadziesiąt spraw. Ciechanów, Płock, Sąd Najwyższy. Setki godzin w sądzie - podsumowuje. Część rozpraw odbywała się również zdalnie, w czasie pandemii.

Była też cena całej walki. Kierski mówi o kilkudziesięciu tysiącach złotych wydanych na obronę prawną. W początkowych latach część kosztów ponosił związek zawodowy, później kolejne etapy musiał finansować już sam. - To było ciągłe składanie wniosków, odwołań, wniosków o egzekucję. Do końca, do końca, do końca.

Do pracy wrócił, ale sprawa jeszcze długo się nie kończyła 

Sam przyznaje, że wielokrotnie mógł zrezygnować. Nie zrobił tego, bo - jak podkreśla - nie chodziło wyłącznie o pieniądze. - To było o zasady i o niewinność - mówi. Jego zdaniem zwolnienie dyscyplinarne pracownika i członka władz związku zawodowego, bez dostatecznych podstaw, mogło być sygnałem również dla innych pracowników.

W czasie wieloletniej batalii Kierski wrócił wprawdzie do pracy, ale nie oznaczało to końca problemów. Mówi, że musiał jeszcze walczyć o prawidłowe naliczanie wynagrodzenia i dodatku stażowego. W międzyczasie dochodziło także do kolejnych sporów z pracodawcą. - To było takie kopanie się ze szpitalem do końca - ocenia.

Dziś pracuje w szpitalu i zapewnia, że zawodowo wszystko ułożyło się normalnie. - Jestem profesjonalistą, wykonuję dobrze swój zawód i dobrze żyję tutaj z moimi współpracownikami, kolegami i koleżankami - mówi.

Najważniejsze jednak, że po latach może zamknąć sprawę, która odcisnęła na nim swoje piętno. - To nie jest jakieś zwycięstwo. Tylko ulga, że to się skończyło, oczyściłem swoje dobre imię i tyle - mówi.

Łukasz Kierski nie ukrywa też, że przez te wszystkie lata ogromne znaczenie miało dla niego wsparcie najbliższych, współpracowników i środowiska pielęgniarskiego. Podkreśla, że wielu pracowników szpitala trzymało za niego kciuki.

W jego historii najbardziej niezwykłe jest to, jak długo musiał walczyć o rzeczy, które - jak twierdzi - od początku były dla niego oczywiste: że nie pobił pacjenta, że niesłusznie stracił pracę i że powinien otrzymać należne mu wynagrodzenie. Kluczowe znaczenie miał monitoring, który pozwolił zweryfikować zarzuty. Dzisiaj po ponad siedmiu latach wieloetapowej batalii sądowej sprawa jest definitywnie zakończona. Historia, o której „Tygodnik Ciechanowski” pisał już w 2019 roku, znalazła więc swój finał. Nie w postaci kolejnej rozprawy, apelacji czy odwołania, ale prawomocnego rozstrzygnięcia i wypłaty pieniędzy za lata, które Kierski spędził poza pracą.

Dla niego najważniejsze rozliczenie nie jest jednak finansowe. Jak mówi, chciał po prostu oczyścić swoje dobre imię. I właśnie to uważa dziś za największą wartość całej, ponad siedmioletniej walki.

Komentarze obsługiwane przez CComment