ul. ks. Ściegiennego 2, 06-400 Ciechanów 23 672 44 96 sekretariat@tygodnikciechanowski.pl Pon.-Pt.: 8.00 - 15.00

Klimatyczna opowieść o Płońsku. Miasto sprzed lat we wspomnieniach Czesława Cichockiego

Płońsk, Aleja Bukowiecka. 1916 r. Fot. zbiory Pracowni Dokumentacji Dziejów Miasta im. M. Krysiak w Płońsku

Z jego wspomnień wyłania się klimatyczne, przedwojenne miasto. Ulica Płocka, pełniąca rolę deptaka. Ulica 3 Maja – obecnie Wolności, przy której mieszkała miejska śmietanka. Gwarne targowisko i bębniarz od targowych ogłoszeń. Zmieniło się miasto, ale nadal jego ulicami, śpieszą dokądś ludzie.

Czesław Cichocki urodził się w Płońsku w 1932 roku i był najstarszym z dzieci Stefanii i Stanisława Cichockich. Ukończył płońską podstawówkę, gimnazjum i liceum, a później Politechnikę Warszawską. Pod koniec lat 50. zamieszkał w Poznaniu, ale nadal odwiedza Płońsk. Jego wspomnienia: „Wciąż do Płońska wracam” zostały opublikowane w 2007 roku przez Pracownię Dokumentacji Dziejów Miasta im. M. Krysiak w Płońsku.

Z jego opowieści wyłania się miasto sprzed lat, płońskie ulice, ważne miejsca, ludzie i ich historie.

Pan Czesław został wyróżniony Płońską Wieżą w kategorii Przyjaciel Płońska. Na galę oczywiście przyjechał, bo wciąż do Płońska wraca…

Płońszczanka i Raciążanin

Mama Czesława, Stefania z Kamińskich była Płońszczanką, córką Walentyny i Wacława Kamińskich. Przez jakiś czas prowadziła w Płońsku kuchnię domową, a w której stołowało się sporo osób. Zmarła mając zaledwie 58 lat. Kamińscy byli rodziną brukarzy - wszyscy mężczyźni wykonywali ten zawód, w tym dziadek Czesława, Wacław, i cieszyli się opinią bardzo solidnych fachowców.

Ojciec Czesława, Stanisław Cichocki pochodził z Raciąża. Stracił rodziców, gdy był dzieckiem. Najstarszy z braci Cichockich przejął rodzinny fach i został szewcem, by zapewnić rodzeństwu byt. Szewcem został również Stanisław.

Sąsiedzka solidarność

Do 1939 roku rodzina Cichockich wynajmowała pokój w drewnianym domu przy ul. 3 Maja w Płońsku - obecnie jest to ulica Wolności. Mieszkały tam również inne rodziny. Czesław Cichocki wspominał, że wszyscy żyli ze sobą w zgodzie, mieli do siebie zaufanie. Podobnie było również po wojnie, gdy Cichoccy mieszkali przy ulicy Płockiej.

A tak te sąsiedzkie relacje pan Czesław zapamiętał:

- „(...) Ta solidarność człowieka z człowiekiem była i w zdrowiu, i w chorobie, i w śmierci. Przed wojną, gdy człowiek był ciężko chory i wiadomo było, że odchodzi, ci, którzy go znali, przychodzili do jego domu. Nie robiono żadnych tragedii i dramatów. Rodzina, sąsiedzi, znajomi po prostu byli przy nim, towarzyszyli mu w tym odchodzeniu. Chory lub umierający był wśród swoich, a jednocześnie był żegnany z wiarą, modlitwą, wśród ludzi, których znał i którzy jego znali. Bo oni nie przychodzili, żeby go potrzymać za rękę. Oni się za niego modlili - odmawiano modlitwy i litanie. I to było to największe dobro, jakie mogli mu dać. A gdy już odszedł, zanim przyszedł ksiądz i rozpoczęła się ceremonia pogrzebowa - ludzie odmawiali wspólnie litanię za zmarłego. To nie było tylko czekanie na pogrzeb. Oni się z tym zmarłym modlitewnie w wierze łączyli. Tak to wyglądało. Tak było jeszcze tuż po wojnie (…)”.

Wybuchła wojna

Gdy 1 września 1939 roku wybuchła wojna, bohater naszej opowieści był 7- letnim chłopcem. Ojciec Czesława poszedł z polskim wojskiem bronić Twierdzy Modlin, ale gdy Modlin padł, wrócił do Płońska.

Dzieci musiały szybko dorosnąć, pomagały dorosłym w utrzymaniu rodziny.

- „(…) Ja na przykład, handlowałem gazetami, ziemniakami, żywnością, papierosami… To były papierosy szmuglowane, dowożone. Jedne to były tzw. swojaki czyli swojej roboty - machorka, liście… Drugie - to były ładnie pakowane niemieckie papierosy o nazwie „Tanga”… Jednymi i drugimi handlowałem - chodziłem po płońskim rynku i mówiłem cicho: „Papierosy „Tanga”… Papierosy „Tanga”… Tak, żeby ludzie słyszeli, co mam. Miałem nawet stałych klientów (…)” - wspominał Czesław Cichocki.

Płocką spacerowano...

Wróćmy jednak do Płońska sprzed wybuchu wojny. Czesław Cichocki wspomina, iż były wówczas dwie główne ulice - Płocka i Ciechanowska - obecna Grunwaldzka i część Warszawskiej.

Tak zapamiętał te miejsca:

- „(…) Pamiętam ulicę Płocką. To był tzw. deptak - tędy po południu wszyscy chodzili, spacerowali, mijali się, można było wszystkich spotkać, zobaczyć. Na tej ulicy było bardzo zielono. Był człowiek zatrudniony w magistracie, który dbał o to, by gałęzie drzew rosnących nieopodal magistratu były przystrzyżone. Przycinał je sekatorem tak pięknie, półkoliście… Cudownie to wyglądało. O ile pamiętam, ulicę tę nazywano wówczas potocznie „Bukowiec”, w każdym razie taka nazwa w mojej pamięci przetrwała. Przed wojną w Płońsku było stosunkowo dużo Żydów. Mieszkali w różnych miejscach miasta, ale nie na Bukowcu. Tam mieszkali tylko Polacy. (…)”.

Można było wygrać kurę, kaczkę a nawet barana

Głównym miejscem, gdzie koncentrowało się życie towarzyskie był róg ulicy Płockiej i 3 Maja (dziś ulica Wolności). Tam mieściło się kino i remiza strażacka, a w miejscu, gdzie dziś jest Park Konstytucji 3 Maja, był duży plac.

- „(...) W budynku remizy, ale także na tym placu organizowano przed wojną loterie fantowe łącząc zabawę z różnymi celami społecznymi. Fantami w tych loteriach był drób - kury, kaczki, i różne zwierzęta… Ludzie byli zainteresowani, by w tych loteriach uczestniczyć, bo przecież przed wojną było bezrobocie a wygranie dobrej kaczki lub gęsi, to naprawdę było coś!... To były dwa albo trzy obiady, a przed wojną to była duża rzecz!... Kiedyś nawet głównym fantem do wygrania był baran, pamiętam, że wszyscy na niego stawiali, chcieli go wygrać… (…)” - opowiadał Czesław Cichocki.

Tam mieszkała śmietanka przedwojennego miasta

Zdaniem pana Czesława szczególną ulicą przedwojennego Płońska była ulica 3 Maja, obecnie Wolności. Tak zapamiętał ją pan Czesław:

-„(...) Była tam też bardzo piękna zabudowa - okazałe kamienice państwa Cieślewskich i Wiszniewskich, państwa Cywińskich… Był bardzo ładny dom, w którym mieszkał lekarz, doktor Szpakowski, dziś mieści się tam Urząd Pracy. Stał dom państwa Kleniewskich… W okrągłej stylizowanej drewnianej budce naprzeciwko szkoły powszechnej nr 1 znajdował się bilard, w który wówczas chętnie grywali Płońszczanie. Można tam było zjeść ciastko i czegoś się napić, bo na miejscu był bufet. Ale ważniejsi od zabudowy byli sami ludzie. Tam mieszkała cała śmietanka przedwojennego Płońska - nauczyciele, lekarze, adwokaci, wojskowi, ludzie wykształceni, powszechnie szanowani… Tam mieszkali nauczyciele państwo Chiczewscy, Bojanowscy, Kleniewscy, tam mieszkał adwokat pan Skorupski, lekarze - dr Szpakowski, Wiszniewski, Cieślewski… Tam mieściła się Wojskowa Komenda Uzupełnień, a w kamienicy państwa Cywińskich mieszkali oficerowie - dwóch w randze kapitana i jeden pułkownik o nazwisku Sadowiński. (…) Więc z jednej strony ta ulica wyróżniała się architektonicznie, z drugiej, była zamieszkiwana przez ludzi, postrzeganych jako elita. To właśnie stanowiło o jej ekskluzywności, bogactwie (…)”.

Basen, raki i strzelnica

Tu, gdzie dziś znajduje się hala sportowa, przed wojną był duży, murowany basen.

„- (...) Woda napływała do niego z odległej o ok. dziesięć metrów Płonki, na której zbudowana została tama. Wszystko skonstruowano tak, by móc wymieniać wodę, Płonka była przecież w tamtych czasach rzeką czystą, przed wojną chodziło się nad rzekę nie tylko na ryby, ale i na raki. Teren wokół basenu był wyrównany, porośnięty trawą. Były tam też dwa lub trzy prysznice zarówno dla tych, którzy chcieli z nich skorzystać po wyjściu z basenu, jak i dla tych, którzy z basenu nie korzystali, a chcieli się po prostu ochłodzić (…) – wspominał Czesław Cichocki.

A nieopodal, w miejscu, gdzie dziś trwa budowa nowego stadionu na ulicy Kopernika, była strzelnica. Zbudowano ją z zachowaniem zasad bezpieczeństwa - obwałowania były bardzo wysokie, wokół rozciągały się łąki. Korzystali z niej członkowie Towarzystwa „Sokół” i innych organizacji militarnych.

Krowa z ośmioma nogami

Z opowieści pana Czesława wyłania się również gwarne płońskie targowisko. Główny targ odbywał się w płońskim rynku, a drugi, zwany „zielonym rynkiem” na ulicy Pułtuskiej, gdzie handlowano drobniejszym towarem, np. warzywami i jajkami.

Na głównym targu komunikaty ogłaszał bębniarz zatrudniony przez ówczesny magistrat. Tak o nim mówił Czesław Cichocki:

„- (...) To był człowiek - legenda, wszyscy go znali. Miał bęben, przychodził na rynek, stawał na jakiejś skrzynce od jabłek, albo - jeśli obok stał wóz - wchodził na furmankę, i walił w bęben tak długo, aż zebrał się tłum. A wtedy potężnym głosem ogłaszał swoje urzędowe komunikaty. Ale nie tylko, bo jeśli ktoś chciał sprzedać świniaka czy konia, także szedł do Radziłowskiego a ten reklamował wtedy wystawione na sprzedaż zwierzę. Robił to niebanalnie, bardzo dowcipnie, opatrując komunikat jakimś żartem albo podając go w formie wierszowanej. Pamiętam, jak zachwalał kiedyś jakąś krowę, mówiąc, że „ma osiem nóg - dwie przednie, dwie tylne, dwie prawe i dwie lewe. Razem osiem”. Jak takiej krowy nie kupić?... Albo inne ogłoszenie - „jest do sprzedania krowa, ma cztery nogi, dwa rogi, jeden ogon (…)”.

Obowiązkowe targowanie

Przed wojną na płońskich Rutkach odbywały się tzw. świńskie targi, handlowano trzodą chlewną, na które przyjeżdżało wielu gospodarzy. Przy okazji większych targów odbywało się tzw. targowanie, któremu obowiązkowo towarzyszyło przebijanie ręką o rękę.

„- (…) Nie można było tak po prostu zapłacić, należało się targować. Czasami nieźle ręka bolała, jak się taką chłopską silną ręką dostało, ale tak właśnie się to odbywało. Gdy już handlarz kupił świnie, oznaczał je na grzbiecie „swoim” kolorem - zielonym, czerwonym lub innym, bo każdy miał swój kolor. Potem te świnie biegały po placu na Rutkach i tylko po kolorze znaków na grzbiecie można było rozpoznać, czyje są. Nikt nigdy nikomu nie próbował tego koloru podmienić, nikt nikomu świni nie wziął, nikt się z nikim nie kłócił. Ten obyczaj był powszechnie szanowany, i gdy pod koniec targu wszystkie świnie były z placu zabierane na furmanki, zawsze wszystko się zgadzało – opowiadał pan Czesław.

Pociąg, autobus i taksówki

Przed wojną można było z Płońska dojechać do Warszawy pociągiem, był nawet autobus. Jeździł raz dziennie, z uwagi na brak chętnych, więc właściciel pojazdu miał pomocników, którzy szukali klientów. Podróż kosztowała pięć złotych.

Było wyznaczone miejsce, w którym autobus stawał, czekając, aż uzbiera się wystarczająca ilość chętnych do podróży. Jeśli pasażerów się uzbierało, to jechał, a jeśli nie - to czekał.

W latach trzydziestych były też w Płońsku dwie taksówki.

Serwisowana pompa

Jedna z opowieści pana Czesława dotyczy warsztatu rodziny Poborskich, którzy mieszkali przy ulicy 3 Maja (obecna Wolności).

Bracia Poborscy słynęli z fachowości, byli specjalistami od urządzeń młyńskich.

„- (...) W tamtych czasach prowadzenie zakładu mechanicznego miało wymiar bardziej uniwersalny, bo w mechanice jak ktoś był dobry, to do wszystkiego. Więc i panowie Poborscy robili także inne rzeczy, i robili je równie dobrze. – opowiadał Czesław Cichocki. - I tak na przykład przed wojną i przez całą okupację naprawiali starą pompę w rynku. To była bardzo stara, zabytkowa pompa, więc mechanizm się psuł i trzeba ją było naprawiać, bo była jedynym źródłem wody dla mieszkańców okolicznych gospodarstw. I to właśnie bracia Poborscy zajmowali się stałym serwisowaniem tej pompy. Często widziałem, jak obaj przychodzili, wchodzili w głąb, rozbierali tę pompę, część elementów zabierali do siebie, bo na miejscu się naprawić nie dało… Dzięki nim przez cały czas ta pompa była czynna. Także w czasie okupacji Niemcy na to serwisowanie pozwalali, bo brak wody oznaczał choroby, a oni panicznie bali się epidemii tyfusu (…)”.

PS. Artykuł powstał na podstawie wspomnień Czesława Cichockiego „Wciąż do Płońska wracam”, wydanych przez Pracownię Dokumentacji Dziejów Miasta im. M. Krysiak w Płońsku. Znajdziecie w tej publikacji więcej opowieści o mieście i jego mieszkańcach, również z okresu wojny i lat powojennych.

Komentarze obsługiwane przez CComment