ul. ks. Ściegiennego 2, 06-400 Ciechanów 23 672 44 96 sekretariat@tygodnikciechanowski.pl Pon.-Pt.: 8.00 - 15.00

Opowieść o człowieku rodem z piekła

Przeczytałem ostatnią książkę Błażeja Torańskiego "Tożsamość Andrzeja K", wydaną niedługo po jego bestsellerowej „Kat polskich dzieci".

Torański jest autorem pięciu książek, wszystkie podejmują niełatwe tematy. Jedną z nich „Knebel. Cenzura w PRL" omawialiśmy kilka lat temu na łamach "TC". Sam autor zresztą gościł wówczas w Ciechanowie.

Generalnie, łatwo jest książki Torańskiego zakwalifikować jako literaturę faktu. Jest świetnym, dokładnym dokumentalistą i jak mało kto przywiązuje uwagę do precyzji faktów. Już choćby ta cecha jego twórczości stawia go w rzędzie takich autorów jak Hanna Krall czy Ryszard Kapuściński. Styl jest lapidarny, bez zbędnych ozdobników, tym bardziej skupiamy się właśnie na faktach.

A fakty czasem są porażające. „Kat polskich dzieci", opisuje historię łódzkiego obozu dla dzieci. Nie mogłem tej książki czytać spokojnie, dziwiłem się jak mógł ją pisać Torański. Opowiedział mi kiedyś jak bardzo sam to przeżywał, ale ktoś musiał napisać prawdę o tych nieprawdopodobnych niemieckich zbrodniach.

„Tożsamość Andrzeja K" nawiązuje tematycznie do tamtych, wojennych czasów, nie jest jednak tak martyrologiczna. Bazuje co prawda na faktach z obozu koncentracyjnego, ale po latach te fakty są płynne, trudne do uchwycenia. Być może jest to w ogóle niemożliwe.

Bohaterem książki jest człowiek, najprawdopodobniej urodzony w obozie Stutthof, jakimś cudem przechowany w obozowej pralni, następnie wywieziony w koszu z bielizną do zakonu Sióstr Elżbietanek w Gdańsku, po czym adoptowany przez polską rodzinę. Wszystko to trzeba jednak widzieć w trybie „prawdopodobnym", popartym świadectwem tych którzy ten obóz przetrwali, mając na względzie wątpliwości innych byłych więźniów, którzy nic o tym nie wiedzą. A nie zachowały się żadne dokumenty, Niemcy nie wystawiali takim dzieciom metryki urodzenia.

Przeciwnie, uśmiercali takie dzieci zastrzykiem fenolu w serce. Czasem komendant lubił trochę się zabawić, chwytał jedno z niemowląt za nóżki i z całych sił uderzał główką o ścianę.

Z Andrzejem K. było jednak inaczej, przeżył ponoć w tej pralni epidemię tyfusu i ostatecznie ocalał. Miał przybranych rodziców, ojciec był filmowcem - montażystą, dobrze sobie radził po wojnie. Andrzej K wcześnie zorientował się, że nie są to jego biologiczni rodzice, wynikało to choćby z rozmów o nim, z tym co mówili inni, z jego nietypowej grupy krwi. W wieku szesnastu lat miał już pewność co do adopcji. Rodzice długo nie chcieli o tym z nim rozmawiać, wreszcie kiedyś ojciec wyjawił prawdę, że urodził się w obozie Stutthof i że jest synem francuskiej pół - Żydówki. W wyniku nieustannych poszukiwań ustalił, że jego matka nazywała się Madeleine Savary, z domu Voisin, była katoliczką żydowskiego pochodzenia, urodziła się w Normandii, w 1923 roku, miała dwie siostry. Zmarła w 1995 roku w Lille. Ojciec ponoć także był Francuzem, ale został przez Niemców zastrzelony.

Dokumenty potwierdzają że była taka więźniarka w obozie Stutthof i była „więźniarką wychowawczą" a nie polityczną, mogła być zatem lepiej traktowana i wypuszczona z obozu. Zwolniono ją jednak w bardzo złym stanie zdrowia. W sumie była tylko więźniarką przez czterdzieści trzy dni.

Torański przez wiele stronic tej książki, poniekąd razem z jej bohaterem, zdaje się odkopywać fakty, czy raczej  faktoidy, błahostki mogące prowadzić do prawdy. To może być dla niektórych czytelników nużące, ale to jest jedyna droga dla bohatera książki do ustalenia swojej tożsamości, dowiedzenia się kim jest naprawdę, jakie jest jego pochodzenie. Dla niego, podobnie jak dla wielu innych realnych i wirtualnych postaci normalnego życia nie może być, dopóki te fundamentalne prawdy nie zostaną odkryte. Jest w tym klimat z książek Conrada albo Camusa, upartych ludzi z duszą Don Kichota. Wyobrażam sobie wspaniałą beletrystykę, opartą na kanwie tak tragicznych okoliczności. Podobną akcję można znaleźć w dokumentalnych filmach Michała Marczaka, na przykład „Bez końca", gdzie ludzie których krewni utonęli, ale ciało nie zostało odnalezione, z wielkim uporem i przez długi czas poszukują ciała, zaniedbując swoje życie rodzinne i zawodowe. Bo jeszcze do końca tli się jakaś nadzieja i może nie chcą żeby się wypaliła.

Wojna jest czasem strasznym a mimo to często pokazuje, że niemożliwe sytuacje dawały impuls do działania, które w innym przypadku nie byłoby podjęte. Przykładem niech będą choćby sukcesy Ireny Sendlerowej.

Tym niemniej, w przypadku Andrzeja K. zawsze były wątpliwości. Bo niby dlaczego Niemcy mieliby przymykać oko na przechowywanie niemowlaka? Gdyby został przeznaczony do germanizacji z pewnością uszedłby z życiem, ale inną drogą, oficjalną. Być może był dzieckiem samego komendanta? Takie supozycje też się pojawiają. Ale dlaczego nie przekazano go szybko do adopcji tylko pozwolono na trzymanie dziecka w zupełnie niewłaściwych dla niego warunkach? Sam Andrzej K. nie potrafił tej zagadki wytłumaczyć.

Wygląda na to, że próbował bardzo enigmę rozszyfrować. Rozmawiał nie tylko z byłymi więźniami i więźniarkami, także z ekspertami od tamtego okresu, na przykład dyrektorką muzeum obozu w Stutthofie, nawet z historykami i psychologami. Bywał w swoich poszukiwaniach korzeni we Francji. Próbował, bezskutecznie, uzyskać francuskie obywatelstwo. Domagał się od Francji odszkodowania. Cały czas miał świadomość narodzin w piekle, i jak bardzo z tą świadomością trudno żyć. Ale egzystować można... i to całkiem miło. Ale niekonwencjonalnie. Zaglądamy do jego głowy. Jest barwnie.

 Andrzej K. w czasach PRL-u był podobno aktywnym oficerem podziemnej armii. Chciał walczyć z komunistami, urządzić zamach stanu. Miał w domu wszelką broń, pistolety. Służba Bezpieczeństwa rzeczywiście objęła go kontrolą operacyjną, ale nigdy nie uznała za groźnego aktywistę. Bardzo wiele sytuacji sobie imaginował.  Przekazywał, także autorowi, Błażejowi Torańskiemu, wiele faktów totalnie nieprawdopodobnych. Pojawiają się częste u niego konfabulacje, fantazmaty. Tworzy iluzje.

Jak wtedy gdy mówi o kobietach, o rzekomym romansie z Haliną Poświatowską, pomimo tego, że w czasie gdy mógł ją znać miał zaledwie czternaście lat a znana poetka była osiem lat starsza. „Zadawał" się też z aktorką Krystyną Stypułkowską, znaną z filmu Wajdy „Niewinni czarodzieje", nawet piosenkarka Conchita Batista była ponoć krótko jego dziewczyną. To wszystko i wiele więcej było w jego wyobraźni.

Skąd się brały te iluzje i fantazje? Psychiatra, profesor Krzysztof Rutkowski z UJ tłumaczy,  że urodzeni w obozach mają właśnie takie reakcje. Często trudno im nawiązać realne związki z ludźmi. Osobowość każdego człowieka, która kształtuje się w najwcześniejszym dzieciństwie, potrafi projektować najbardziej niewiarygodne sytuacje, nawet kontakty z kosmitami. Skoro człowiek nie ma absolutnej pewności co do swego pochodzenia, sam tworzy sobie swój nierealny świat. 

Wielu z nas, niekoniecznie z takim niewyjaśnionym backgroundem jest w stanie się z tym bohaterem utożsamić. Na przykład, bo sami mieliśmy trudne, jeśli nie traumatyczne dzieciństwo. Wczesna trauma odciska się na naszym życiu nawet wiele dekad później.

Tak więc autor nie stawia żadnych kropek nad i, sprawa jest otwarta. Wiemy, że Andrzej K. nadal żyje i pewnie wciąż gnębi go zagadka swej proweniencji. Nie mamy szansy spotkać się z nim i o tym porozmawiać, bo najwyraźniej nie był zadowolony z różnych komentarzy przytoczonych w książce przez ekspertów. Swoje własne wypowiedzi w pełni autoryzował. 

Komentarze obsługiwane przez CComment