To było w Toruniu, dokładnie 20 maja 2007 roku. Po ukończeniu pierwszego w życiu maratonu pomyślałem: jeżeli debiut okazał się sukcesem, czemu nie zaplanować w przyszłości startu w Nowym Jorku? Minęło 18 lat... 2 listopada br. stanąłem na starcie największej imprezy biegowej globu. Po raz kolejny potwierdziło się, że w życiu wszystko jest możliwe.
Krótka historia wielkiego biegania
TCS New York City Marathon to legenda. Rozgrywany jest od 1970 r., kiedy to w głowach Freda Lebowa i Vincenta Chiappetty narodziła się idea biegu na królewskim dystansie. Początki były skromne: opłata startowa wynosiła 1 dolar, wystartowało 127 biegaczy, a do mety dobiegło zaledwie 55. Cała trasa prowadziła wtedy wyłącznie alejkami Central Parku.
Przełom nastąpił w 1976 r. Dla uczczenia 200. rocznicy powstania USA bieg połączył wszystkie pięć dzielnic miasta: Staten Island, Brooklyn, Queens, Bronx i Manhattan. Z jednorazowego projektu formuła ta stała się tradycją, a impreza z lokalnego wydarzenia urosła do miana największego maratonu świata z wielomilionowym budżetem. Dziś Nowy Jork, obok Berlina, Bostonu, Chicago, Londynu i Tokio, należy do prestiżowego cyklu World Marathon Majors.
Magia Nowego Jorku
Co sprawia, że tysiące ludzi marzy o pierwszej niedzieli listopada w Nowym Jorku? To miasto, w którym niemożliwe staje się możliwe. Krąży opinia, że aby czuć się w pełni spełnionym maratończykiem, trzeba ukończyć właśnie ten bieg. I nie chodzi tu o architekturę, jak w Europie, ale o status "wybrańca". Sam proces rekrutacji przypomina grę w lotto – trzeba mieć sporo szczęścia, by znaleźć się na liście startowej.
Atmosfera jest niepowtarzalna: ponad dwa miliony kibiców przy trasie, perfekcyjna organizacja i emocje, które zostają na całe życie. W ponad 50-letniej historii metę przekroczyło już ponad milion osób.
Ostatnie godziny przed startem
Dzień startu zaczyna się wcześnie. Budzik dzwoni o 4:00. Szybkie śniadanie, ubieram rzeczy „na stracenie” i ruszam z tłumem biegaczy na prom. 30-minutowy rejs to pierwszy moment wzruszenia – z górnego pokładu widać wyłaniające się z półmroku drapacze chmur. Potem 40 minut autobusem na obrzeża miasta, krótki spacer, kontrola bezpieczeństwa i oczekiwanie na słomie w miasteczku maratońskim.
Gdy zbliża się 9:05, otwiera się moja strefa startowa. Muzyka budzi nas do życia. Tuż przed godziną "zero" (dla mnie 9:45) rosną góry kurtek i swetrów, które biegacze zostawiają przed startem. Nie marnują się – trafiają do instytucji charytatywnej Goodwill. Rekord padł w 2014 roku, gdy z powodu zimna zebrano aż 93 tony ubrań! Tym razem pogoda była łaskawsza. Czas na hymn USA, wystrzał armaty i… ruszam do mojego 32. maratonu w życiu.
26,2 mili przez pięć dzielnic
Startujemy na moście Verrazzano-Narrows. To trudny początek – ponad kilometr podbiegu. Adrenalina może być myląca, trzeba uważać, by nie spalić się na starcie. Most łączy Staten Island i Brooklyn. To tu pokonujemy pierwsze dwie mile (w USA liczymy mile, nie kilometry).
Potem Brooklyn – szerokie aleje i żywiołowy doping. Od 13. do 15. mili jesteśmy w Queens, a po przekroczeniu mostu Queensboro wbiegamy na Manhattan (First Avenue). To jeden z najbardziej ekscytujących momentów – „ściana dźwięku” tworzona przez kibiców niesie każdego zawodnika. Krótka wizyta w Bronxie (mile 20-21) i powrót na Manhattan. Finał to ciężki podbieg Piątą Aleją i pofałdowana końcówka w Central Parku. Metę przy Tavern on the Green przekracza łącznie około 60 tysięcy osób. To tak, jakby w jednym miejscu zebrali się wszyscy mieszkańcy Ciechanowa i kilku okolicznych gmin.
Wrażenia i refleksje z trasy
Biegnąc przez 5 dzielnic, nie sposób się nudzić. Hałas dopingu ustaje tylko na mostach. Każda dzielnica rywalizuje o uwagę biegaczy – grają zespoły muzyczne, wiwatują wolontariusze. Po biegu całe miasto świętuje razem z maratończykami; medale na szyjach otwierają drzwi do rozmów w restauracjach i na ulicach.
Czy to trasa na „życiówkę”? Raczej nie. Mosty i pofałdowany profil w Central Parku robią swoje. Ale tu biegnie się dla atmosfery. W moim przypadku trudność nie odbiegała od innych maratonów – doświadczenie robi swoje.
Podczas tych prawie 4 godzin zmagań był czas na wspomnienia: pierwsze treningi w ciechanowskim Lasku Śmiecińskim, wyjazdy na zawody z kolegami, debiut w Wilnie, czy sztafetę w bocheńskiej kopalni soli 250 metrów pod ziemią.
Niezwykłe spotkanie po latach
Pobyt w USA przyniósł też niespodziankę osobistą. Odnalazłem starego znajomego, Kazika, „gospodarza” naszej klasy ze szkoły średniej. Mieszka w Toronto i przez 44 lata nie mieliśmy okazji się spotkać na żywo. Gdy dowiedział się o moim starcie, przyleciał do Nowego Jorku specjalnie, by mi kibicować. Czekał na mecie z gratulacjami. Przegadaliśmy godziny, nadrabiając dekady rozłąki. Mam nadzieję, że kolejne spotkanie odbędzie się podczas... maratonu w Toronto.
Czas na relaks i powrót
Po emocjach sportowych przyszedł czas na turystykę. Nowy Jork to miasto, które nigdy nie śpi. Obowiązkowe punkty: Times Square, Wall Street, World Trade Center i Most Brookliński. Popłynąłem też darmowym promem na Staten Island, by podziwiać Statuę Wolności.
Jako fan sportu nie mogłem odpuścić meczu NBA w legendarnej hali Madison Square Garden (New York Knicks vs Chicago Bulls). Ukoronowaniem wyjazdu była wycieczka nad Wodospad Niagara.
Piękne widoki i przeżycia z listopada 2025 roku zostaną ze mną na zawsze. A medal z TCS New York City Marathon będzie perłą w mojej kolekcji.
Cały artykuł w Tygodniku Ciechanowskim
PS Mój wynik z maratonu w NY 3.55.00.
Wszystkie zdjęcia pogodzą z archiwum autora






Komentarze obsługiwane przez CComment