Wojna zmieniła jej imię i nazwisko. Zabrała dzieciństwo, rodzinny dom i braci. Wsadziła do pociągu, który wywiózł ją i jej rodzinę do Kazachstanu. A potem los przywiódł ją najpierw w okolice Sochocina i później do Płońska. To opowieść o Celinie Kornatowskiej, która poznała wojnę od innej strony - nie miała do czynienia z Niemcami. Najeźdźcą byli Sowieci.
Urodziła się na Kresach...
Celina Kornatowska urodziła się w 1931 roku na Kresach - w niedużym mieście Zdzięcioł w powiecie nowogródzkim. Rodzice - Stefania i Franciszek Lebiedzcy mieli małe gospodarstwo, a ponieważ trudno było z niego wyżyć, ojciec zajmował się drobnym handlem.
Dodajmy na początku, że Celina tak naprawdę miała na imię Cecylia. Podczas wojennej zawieruchy zginęła jej metryka, którą sądownie trzeba było potem odtwarzać, ale imię przekręcono. I tak z Cecylii stała się Celiną. Podobnie było z nazwiskiem - po powrocie z zesłania Lebiedzcy stali się Lebieckimi.
17 września 1939 roku...
Gdy 17 września 1939 roku weszli Sowieci, Celina, najmłodsza z szóstki rodzeństwa, miała 8 lat. Jeden z jej braci - Michał powołany na front, nigdy się nie odnalazł, choć rodzina szukała go po wojnie przez Polski Czerwony Krzyż, sprawdzała, czy nie został zamordowany w Katyniu. Nigdy nie natrafiono na żaden jego ślad...
Drugi z braci, Piotr też poszedł na front. Trafił do niemieckiej niewoli, napisał do rodziny list informując, że jest w lagrze. Piotr po wojnie nie wrócił z Niemiec, nigdy już nie spotkał się z rodziną. Ostatni swój list napisał w 1947 roku, a potem kontakt się urwał.
Dzień, który zmienił wszystko….
Wróćmy jednak do głównej bohaterki tej opowieści. Po wybuchu wojny i wejściu Sowietów w Zdzięciole nastały niespokojne dni. Ludzie nie wiedzieli, co przyszłość przyniesie, zabezpieczali to, co uważali za cenne. Tata małej Celiny, zajmujący się handlem, schował swój towar – zrobił we wnęce skrytkę, zamurował, przystawił szafą. Ukrył tam również rzeczy znajomej Żydówki, która w miasteczku miała sklep tekstylny.
Rodzice Celiny zostali ostrzeżeni, że grozi im zesłanie, ale brat Celiny, Wiktor był sparaliżowany, przykuty do łóżka. Ojciec zresztą uznał, że nie wyróżniają się ani wykształceniem, ani majątkiem, więc jeśli Sowieci mieliby wywieźć ich, to musieliby i całe miasteczko wywieźć. Tak więc rodzina Celiny została. Potem okazało się, że Sowieci mieli plan, by wywieźć wszystkich mieszkańców i miasto zasiedlić Rosjanami. Nie zdążyli go jednak przeprowadzić.
Do domu Celiny przyszli pewnej kwietniowej nocy 1940 roku, o północy. Było ich trzech: dwóch enkawudzistów z karabinami i Żyd, którego wzięli na świadka. Odczytali ukaz o deportacji, dając pół godziny na spakowanie...
Rodzina wzięła najpotrzebniejsze rzeczy: chleb, pościel, ubrania wrzucone do worka. Nie mogli jednak zabrać ciężko chorego brata Celiny, który leżał sparaliżowany w łóżku. Został sam i umarł rok później.
Na zesłanie trafili z Celiną jej rodzice i siostra Filomena, a także mieszkająca u nich ciotka z czworgiem dzieci. W chwili wywózki najmłodsze miało 6 miesięcy. Na Kresach pozostała starsza siostra Celiny, Cezara.
Wszystkich załadowano do towarowych wagonów. Przez dwa tygodnie tej koszmarnej podróży więźniowie nie mieli prawie wody - dostali ją dwa - trzy razy, a do jedzenia zaparzone we wrzątku zielsko.
Kołchoz Woroszyłowa...
Transport zesłańców najpierw czekał w Nowojelni, a potem przewieziono ich na stację Baranowicze. Stamtąd Sowieci zawieźli ich do Kazachstanu, najpierw do Aktiubińska, za Ural a stamtąd ciężarówkami do kołchozu Woroszyłowa – sto kilometrów dalej. Lebieckich dokwaterowano ich do czteroosobowej rodziny.
Ludzie mieszkali w opalanych krowim łajnem lepiankach, co rodzinie z kresowego miasteczka wydawało się czymś niepojętym. Celina po latach wspominała, że drzwi lepianki otwierały się do wewnątrz - zimą dawało to bowiem możliwość wydostania się na zewnątrz, ponieważ zimy były mroźne i śnieżne, śnieg sięgał nieraz dachu. Ludzie wówczas kopali tunele, by wyjść na zewnątrz – wgarniali śnieg do sieni.
Tych, których podczas śnieżnej burzy zbłądzili, często znajdowano dopiero wiosną. Zimą okolica wyglądała jak śnieżna pustynia, bez żadnego drzewa – w całym kołchozie rosła tylko jedna karłowata wierzba…
Było ciężko, a potem jeszcze ciężej...
Ojciec Celiny pracował najpierw w polu, daleko od kołchozu, usytuowanego w bezdrzewnym, górzystym terenie. Ludzi zawożono na takie pole i zostawiano tak długo, aż wykonali swoją pracę. Zdarzało się więc, że nie było go nawet miesiąc. Potem dostał zajęcie w kołchozowej stolarni.
Siostra Celiny, Filomena zimą woziła wołami siano i słomę dla zwierząt, a latem wodę dla ludzi w polu. Pracować musieli wszyscy.
Gdy Niemcy zaczęli walczyć z Sowietami, zrobiło się jeszcze ciężej, bowiem Rosjanie zabrali z kołchozu wszystkich mężczyzn na wojnę. Wszystkie kołchozowe obowiązki spadły więc na kobiety. Matka Celiny ładowała worki ze zbożem i dostała przepukliny. Nie mogła już potem pracować, zaczęła więc prząść wełnę, była to możliwość zdobycia jedzenia.
Co można zrobić z 5 kg zboża na tydzień?
Polscy zesłańcy głodowali. Owszem, mogli kupić zboże od kołchoźników, ale trzeba było mieć coś na wymianę, bo pieniądze nie miały żadnej wartości. Lebieccy zresztą ich za pracę nie otrzymywali. Dostawali paczki od córki Cezary, ale gdy Niemcy podeszli pod Ural, wszystko się skończyło i zaczął się prawdziwy głód.
Kołchoz wydzielał zesłańcom zbożowe deputaty. Tak to wspominała Celina Kornatowska:
(…) „- My dostawaliśmy pięć kilogramów zboża na tydzień. I tylko na to byliśmy zdani. Na te pięć kilogramów. W dodatku w tych pięciu kilogramach było tylko 2,5 kg pszenicy, a drugie 2,5 kg to był owies. To było wszystko. Na cały tydzień. Bez ziemniaków. Bez żadnego mięsa. Bez warzyw. Warzyw zresztą tam w ogóle nie było, kołchoźnicy mieli tylko takie działeczki nad samą rzeką, gdzie uprawiali pomidory (…)”.
Takiej ilości ziarna nie warto było nosić do zmielenia, bo nic by z tego nie zostało. Mielono je na kamiennych żarnach, a ilość mąki nie wystarczała na upieczenie placka. Matka Celiny robiła więc zacierki, zalewajki.
(…) „- I każdy z nas dostawał swoją porcję… - wspominała Celina. - Ale dla mnie to było za mało!... Pamiętam, że zawsze patrzyłam takim pragnącym okiem na tatę, że może nie doje … (głos się łamie). Ale on przecież też potrzebował zjeść. (…) Głodowaliśmy. Głód był potworny. Tego się nie da opowiedzieć. Czasami się zdarzało, że zdechł jakiś wół. Można było wtedy wziąć coś z tego mięsa. Ale moja mama nie mogła!... Po prostu, nie mogła! A my z tatusiem jedliśmy… (głos się łamie).” (…)
I stąd też największym marzeniem Celiny, gdy wyjeżdżała z Kazachstanu było to, żeby nigdy na stole chleba nie zabrakło. Rodzina przetrwała głód, przetrwała też tyfus, na który zachorowali wszyscy, oprócz mamy Celiny.
Ale w 1942 roku Sowieci chcieli wysłać siostrę Celiny Filomenę na front do kopania okopów. Odmówiła i została skazana na 5 lat więzienia.
Sowchoz w Ukrainie...
Jesienią 1944 roku rodzinę Celiny przesiedlono na Ukrainę, do sowchozu w powiecie Wozniesiensk.
Celina relacjonowała, że życie w sowchozie było trochę łatwiejsze, ojciec dostawał dzienny deputat w postaci pół kilograma razowego chleba, Celina 20 dekagramów, a jej mama nic, ponieważ nie pracowała. Mieli więc razem 70 deko chleba dziennie i lżejszy klimat. Udawało się czasem zdobyć cukrowego buraka, albo kukurydzę, z której robiono kaszę.
Pięć lat, jeden miesiąc i dziesięć dni...
Rodzina Lebieckich opuściła Ukrainę w maju 1945 roku. Przetrwała na zesłaniu pięć lat, jeden miesiąc i dziesięć dni. Gdy wrócili do swojego miasteczka Zdzięcioł, okazało się, że nie mają już domu, zostali wywłaszczeni.
Latem 1945 roku przyjechali do Polski, najpierw osiedlając się w pobliżu Zielonej Góry. A potem przenieśli się do Biel pod Sochocinem. Dlaczego tu? Mąż siostry Celiny, Jan Bielski w 1939 roku stacjonował z wojskiem właśnie w Bielach koło Sochocina. Przyjechał tu znów po wojnie, zauważył poniemieckie gospodarstwa i jesienią 1945 roku ściągnął rodzinę. Gospodarstwa okazały się już zajęte, więc rodzina wynajęła mieszkanie w Gromadzynie, a potem dostała kilkuhektarowe gospodarstwo w Bielach. Nie wystarczało na utrzymanie rodziny, więc ojciec Celiny znów zajął się handlem. Robił sitka do mąki, które sprzedawał na płońskim targu.
Celina ukończyła szkołę powszechną w Sochocinie, a potem szkołę zawodową i została praktykantką w sklepie PSS „Płońszczanka” na ulicy Płockiej. Potem znalazła pracę w księgowości – i w tym zawodzie pracowała zresztą do emerytury.
W 1952 wyszła za mąż. Zamieszkała z mężem przy ulicy Płockiej w maleńkim mieszkanku - w trzech pokojach z kuchnią mieszkały trzy rodziny, bez wody i centralnego. Niedługo później przeprowadzili się na ulicę Grunwaldzką, a kilka lat później dostali mieszkanie spółdzielcze. Wychowali dwoje dzieci, doczekali wnucząt.
Celina Kornatowska – od 1990 roku członkini Związku Sybiraków, zmarła w 2011 roku.
To idzie za człowiekiem przez całe życie…
Wojna zmieniła jej imię i nazwisko, zabrała dzieciństwo, braci, rodzinny dom, skazała na zesłanie. Tak Celina Kornatowska podsumowywała ten straszny czas:
(…) „Dla nas, proszę pani, ta wojna była inna, niż dla tych, którzy tu zostali. My okupacji niemieckiej nie znamy, bo Niemcy przez Ural już nie przeszli. My znamy okupację sowiecką. Sowieci nas wyrzucili z domu, wywieźli… Skazali na coś, czego – choćby się chciało – nie można zapomnieć, bo to idzie za człowiekiem przez całe życie. My, proszę pani, przeszliśmy przez rzeczy straszne. Do żadnej z nich – po ludzku rzecz biorąc – nie byliśmy przygotowani. Wydawałoby się, że każda była ponad siły. A przecież przeszliśmy przez to.” (…).
PS. Artykuł powstał na podstawie wywiadu z Celiną Kornatowską, opublikowanego w zeszycie Pracowni Dokumentacji Dziejów Miasta im. Mirosławy Krysiak w Płońsku: „Zostaliśmy i spełniło się” (seria: wywiady, zeszyt XV, Płońsk 2005).
Zdjęcia z zasobów PDDM im. M. Krysiak w Płońsku






Komentarze obsługiwane przez CComment