ul. ks. Ściegiennego 2, 06-400 Ciechanów 23 672 44 96 sekretariat@tygodnikciechanowski.pl Pon.-Pt.: 8.00 - 15.00

Tam, gdzie czas płynie inaczej. Historia rodziny Ostromeckich i zakładu zegarmistrzowskiego przy ulicy Warszawskiej

Fot. RM

Są w Ciechanowie miejsca, które wydają się odporne na upływ czasu. Nie dlatego, że nic się w nich nie zmienia, ale dlatego, że zachowały swój charakter mimo zmieniającego się świata. Jednym z nich jest niewielki zakład zegarmistrzowski przy ulicy Warszawskiej 51. Przez ponad pół wieku przewinęły się przez niego tysiące mieszkańców miasta - jedni przychodzili po naprawę zegarka, inni po nowy pasek, jeszcze inni tylko po to, żeby zamienić kilka słów ze Stefanem Ostromeckim.

Dziś w zakładzie został jego syn Tomasz. Ojca nie ma już od kilku lat, ale w warsztacie wciąż czuć jego obecność. Na ścianach wiszą stare zegary, w gablotach leżą zabytkowe koperty do zegarków kieszonkowych, na półkach stoją budziki pamiętające czasy, gdy Ciechanów wyglądał zupełnie inaczej. Większość tych przedmiotów zbierał właśnie Stefan. Był nie tylko zegarmistrzem, ale również kolekcjonerem i wielkim miłośnikiem historii miasta.
Kiedy przekracza się próg zakładu rozbrzmiewa charakterystyczne tykanie kilkudziesięciu zegarów. Każdy pracuje we własnym rytmie, ale wszystkie razem tworzą dźwięk, który trudno usłyszeć już gdziekolwiek indziej.

- Już ich nie słyszę – uśmiecha się Tomasz Ostromecki. - Człowiek przez tyle lat się przyzwyczaił. Nawet po południu można się przy tym zdrzemnąć.

Dla niego to codzienność. Dla odwiedzających - podróż do świata, który powoli odchodzi. Gdy rozmawiamy do zakładu wchodzi mężczyzna z małą dziewczynką - ojciec chce pokazać córce, jak wyglądały kiedyś zegary, słuchają ich tykania. - Odwiedzają mnie przedszkolaki i dzieci ze szkół podstawowych. Często bywa tak, że nawet te starsze dzieciaki nie potrafią poprawnie odczytać godziny z zegarów wskazówkowych. Dla nich liczy się tylko zegar z cyframi - wzdycha pan Tomasz.

Zakład, który zna kilka pokoleń Ciechanowian

Rodzina Ostromeckich od pokoleń związana jest z Ciechanowem. Stefan uczył się zawodu w Warszawie u cenionego mistrza Fausta Mellerowicza, a po powrocie do rodzinnego miasta założył zakład, który szybko stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych punktów przy ulicy Warszawskiej.

Przez lata był to nie tylko warsztat zegarmistrzowski. Wielu mieszkańców pamięta charakterystyczną witrynę z drewnianymi rzeźbami, zabytkowymi zegarami i kolekcjami, które przyciągały uwagę przechodniów. Stefan Ostromecki z pasją gromadził przedmioty związane z historią Ciechanowa i zegarmistrzostwa. Potrafił godzinami opowiadać o dawnych czasach, a każdy przedmiot miał dla niego własną historię.

Nie bez powodu nazywano go społecznikiem. Angażował się w życie miasta, działał w Towarzystwie Miłośników Ziemi Ciechanowskiej i dbał o zachowanie lokalnego dziedzictwa. Dla wielu mieszkańców był człowiekiem, który znał historię Ciechanowa równie dobrze, jak mechanizmy starych zegarów.

Ojciec i syn przy jednym stole

Choć dziś zakład prowadzi Tomasz Ostromecki, nigdy nie było momentu, w którym ojciec po prostu przekazał mu klucze i powiedział: „od dziś radź sobie sam”.
- To następowało stopniowo. Tata przekazywał mi ten ogień, ten żar. Siedzieliśmy razem bardzo długo. Nawet kiedy ja wychowywałem dzieci i nie mogłem poświęcać tyle czasu pracy, on nadal przychodził do zakładu i pomagał mi. Cały czas przekazywał mi tajniki tego zawodu - wspomina Tomasz.
Tak właśnie wyglądało przekazywanie rzemiosła. Nie było kursów internetowych ani instrukcji obsługi. Były tysiące godzin wspólnej pracy. Obserwowanie, poprawianie błędów i cierpliwe tłumaczenie, dlaczego mechanizm trzeba rozebrać właśnie w taki sposób, a nie inny. - Tego zawodu nie da się nauczyć z książki - mówi Tomasz. - Pewne rzeczy trzeba po prostu zobaczyć i zrobić wiele razy.

Do dziś wiele metod naprawy pozostaje dokładnie takich samych jak przed kilkudziesięciu laty. Choć zmieniły się zegarki i narzędzia, zasady dobrego zegarmistrzostwa pozostały niezmienne. Jak podkreśla Tomasz, jego ojciec naprawiłby wiele współczesnych mechanizmów dokładnie w taki sam sposób, jak robi się to dzisiaj.

Przez wiele lat ojciec i syn pracowali ramię w ramię. Stefan był aktywny zawodowo praktycznie do końca życia. Codzienna obecność w zakładzie była dla niego czymś naturalnym - częścią rytmu dnia, którego nie chciał zmieniać. Tomasz przyznaje, że właśnie ta regularność i nieustanna aktywność pozwalały ojcu zachować dobrą kondycję przez długie lata.

Kiedyś zegarki się naprawiało, dziś częściej się je wymienia

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu dobry zegarek był przedmiotem na całe życie. Kupowało się go z myślą, że kiedyś odziedziczy go syn albo wnuk. Jeśli przestawał chodzić, nikt nie myślał o wyrzuceniu go do kosza. Zanosiło się go do zegarmistrza. Zakład przy ulicy Warszawskiej praktycznie nie miał wtedy przestojów. Podobnie zresztą, jak ten należący do rodziny Ropelewskich, którzy byli z Ostromeckimi spokrewnieni, a ich zakład także znajdował się przy tej samej ulicy.
Pod ladą stał karton pełen zegarków czekających na swoją kolej. Terminy napraw sięgały miesiąca, a czasem nawet półtora. Tomasz Ostromecki wspomina, że zdarzały się dni, kiedy od rana do wieczora zajmował się wyłącznie konserwacją mechanicznych zegarków. - Siadałem i robiłem po dziesięć zegarków dziennie. Trzeba było je rozebrać, wyczyścić, nasmarować, złożyć i jeszcze wyregulować. To była normalna codzienność. Dzisiaj tego kartonu już nie ma - mówi.

Zmieniały się jednak nie tylko przyzwyczajenia klientów. Najpierw na rynku pojawiły się tanie zegarki kwarcowe. Potem przyszła fala produktów sprowadzanych z Chin. Mechaniczne czasomierze, które przez dziesięciolecia były symbolem trwałości, zaczęły przegrywać z elektroniką.

- Rynek zalały tanie zegarki. Później doszły jeszcze smartwatche. Dzisiaj wiele osób nie naprawia już zegarka. Po prostu kupuje nowy - mówi Tomasz. Nie ukrywa, że dla tradycyjnego zegarmistrzostwa był to przełomowy moment. - Kiedyś Delbana czy Atlantica produkowała jedna fabryka. Dzisiaj to często składanka z podzespołów pochodzących z różnych miejsc świata. Oryginalne mechaniczne zegarki nadal są świetne, ale kosztują bardzo dużo i coraz częściej traktuje się je jako inwestycję.

Zmieniły się również naprawy

Jeszcze trzydzieści lat temu większość klientów przynosiła do zakładu zegarki wymagające rozebrania mechanizmu, czyszczenia czy wymiany zużytych elementów. Dzisiaj najczęściej chodzi o wymianę baterii, paska albo bransolety.
- Oczywiście nadal trafiają do mnie stare zegary i mechaniczne zegarki, ale takich napraw jest coraz mniej. To już nie są te czasy - przyznaje. Mimo wszystko warsztat przy Warszawskiej nadal przyciąga klientów z regionu. Nie tylko z Ciechanowa. Przyjeżdżają z Mławy, Pułtuska, Glinojecka, Przasnysza i okolicznych miejscowości. Powód jest prosty. Prawdziwych zegarmistrzów zostało niewielu.

- Można otworzyć punkt i wymieniać baterie. Ale nie każdy potrafi naprawić mechanizm - zauważa Tomasz. Jeszcze 25 lat temu lat temu w samym Ciechanowie działało kilku zegarmistrzów. Tomasz bez zastanowienia wymienia nazwiska kolegów po fachu: Kosmala, Lisek, Ropelewski, pan Leon…
Każdy miał swoją pracownię, swoich klientów i pełne ręce pracy. - Było nas dużo. I wszyscy mieli co robić. Dzisiaj zostało nas niewielu. To po prostu znak czasów.

Na ścianach zakładu Tomasza Ostromeckiego wiszą zegary mające nawet sto lat. Niektóre mają drewniane elementy mechanizmu, inne pamiętają jeszcze czasy, gdy w polskich domach obowiązkowo wisiała kukułka albo ciężki zegar z wahadłem.
Każdy z nich wymaga cierpliwości. Naprawa dużego zegara ściennego trwa nawet dwa tygodnie. - Najpierw należy go całkowicie rozebrać, umyć wszystkie elementy, później złożyć, nasmarować i zostawić do obserwacji. Nie da się tego zrobić od ręki. Mechanizm musi popracować, żeby mieć pewność, że wszystko działa prawidłowo. Dopiero wtedy oddaję go klientowi. Nie wszystkie naprawy są jednak możliwe. Coraz częściej problemem nie jest wiedza, lecz brak części.

Dawni mistrzowie mieli w swoich warsztatach tokarki, frezarki i specjalistyczne urządzenia pozwalające dorobić praktycznie każdy element. Dzisiaj takich pracowni zostało zaledwie kilka w Polsce. - Są naprawy, których już się nie podejmuję. Jeśli trzeba dorobić skomplikowaną część, kieruję klientów do wyspecjalizowanych pracowni w Warszawie. Tam mają odpowiednie maszyny i możliwości – tłumaczy. Mimo to pan Tomasz nie wyobraża sobie pracy z elektronicznym zegarkiem na ręku. Na jego nadgarstku od lat króluje klasyczny mechaniczny czasomierz. - Synowie i wnukowie noszą smartwatche, ale ja zostaję przy tradycyjnym zegarku. Chyba już się nie dam przekonać do czegoś innego - śmieje się. Za tym uśmiechem kryje się jednak świadomość, że świat, którego uczył go ojciec, powoli odchodzi. Nie dlatego, że zabrakło dobrych zegarków. Po prostu coraz mniej ludzi chce je naprawiać.

Czasu nie da się zatrzymać

Choć Tomasz Ostromecki od kilku lat sam prowadzi zakład przy ulicy Warszawskiej, w rozmowie bardzo często wraca do ojca. Do człowieka, który nie tylko nauczył go zawodu, ale także sposobu myślenia o pracy. Stefan Ostromecki należał do pokolenia rzemieślników, dla których fach był czymś więcej niż sposobem na zarabianie pieniędzy. Zanim wrócił do Ciechanowa, przez dziesięć lat zdobywał doświadczenie w Warszawie u znanego mistrza Faustyna Mellerowicza. Tam pod koniec lat 50. XX w. zdobył papiery czeladnicze. To tam nauczył się precyzji, cierpliwości i szacunku do każdego mechanizmu. Po powrocie do rodzinnego miasta otworzył zakład, który nieprzerwanie działa do dzisiaj.


Przez kolejne dziesięciolecia jego nazwisko stało się w Ciechanowie synonimem solidności. Ale dla Tomasza ojciec był przede wszystkim codziennym towarzyszem pracy. - Tata był czynny praktycznie do końca. Przychodził do zakładu każdego dnia. Pomagał mi, doradzał. Myślę, że właśnie to trzymało go w dobrej formie. Miał wszystko poukładane - pora wstawania, jedzenia, przyjścia do pracy. Taki rytm życia - wspomina. Ten rytm był zresztą wpisany w cały zakład. Każde narzędzie miało swoje miejsce, każdy mechanizm wymagał odpowiedniej kolejności czynności. Tomasz przyznaje, że do dziś wykonuje wiele napraw dokładnie tak, jak nauczył go ojciec. - Nie zmieniły się metody. Pewnych rzeczy po prostu nie da się zrobić inaczej. Tata naprawiłby te zegary dokładnie w taki sam sposób jak ja dzisiaj - mówi. To chyba najpiękniejszy dowód na to, czym naprawdę jest rzemiosło. W świecie, w którym technologia zmienia się niemal każdego roku, zasady dobrego zegarmistrzostwa pozostają niezmienne od pokoleń.

Warszawska sprzed lat

Rozmowa z Tomaszem szybko schodzi także na wspomnienia o dawnym Ciechanowie. Patrząc dziś na ulicę Warszawską, która stała się wyludnionym deptakiem, trudno uwierzyć, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu wyglądała zupełnie inaczej. - Ja pamiętam jeszcze, jak po drugiej stronie stały drewniane domy. Pamiętam, jak stopniowo znikały. Była wytwórnia wód gazowanych pani Żmijewskiej. Po szkole albo po grze w koszykówkę na Budowlance, biegło się tam po oranżadę albo syfon. Warszawska była wyłożona kostką brukową. To był zupełnie inny Ciechanów - opowiada. Takich wspomnień ma znacznie więcej. Wspomina sąsiadów, dawnych rzemieślników, cechowe spotkania i ludzi, którzy znali się od lat. W tamtych czasach rzemieślnicy tworzyli zgraną społeczność. Spotykali się nie tylko w pracy, ale także podczas wspólnych uroczystości i wydarzeń organizowanych przez Cech Rzemiosł Różnych. Zmieniło się miasto. Zmieniły się ulice. Zmieniły się także zawody.

„Na mnie się kończy”

Tomasz Ostromecki nie ukrywa, że coraz częściej myśli o emeryturze. Do zakończenia pracy zawodowej zostały mu dwa lata. Pytam, czy ktoś przejmie zakład.

- Na mnie się kończy. Mój syn wybrał inną drogę - odpowiada spokojnie. Wie, że świat się zmienia i trudno oczekiwać od młodych ludzi, aby wybierali zawód wymagający ogromnej cierpliwości, precyzji i lat nauki. Poza tym to zawód, który powoli zamiera.. Czy zakład przy Warszawskiej zniknie wraz z przejściem Tomasza na emeryturę? Dziś nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie. Pewne jest jedno. Przez kilkadziesiąt lat przez to niewielkie pomieszczenie przewinęły się tysiące mieszkańców Ciechanowa. Jedni przychodzili z rodzinnym zegarkiem, inni po nowy pasek, jeszcze inni tylko po to, żeby porozmawiać ze Stefanem albo Tomaszem. Wychodzili z naprawionym zegarkiem. Często także z opowieścią.
Bo w zakładzie Ostromeckich nigdy nie naprawiano wyłącznie mechanizmów. Naprawiano również wspomnienia. A kiedy za kilka lat zamilknie charakterystyczne tykanie dochodzące z ulicy Warszawskiej, Ciechanów straci nie tylko kolejny zakład usługowy. Straci miejsce, które przez blisko 70 lat przypominało, że są rzeczy, których nie warto wymieniać na nowe. Wystarczy poświęcić im trochę czasu.

(Cały artykuł również w aktualnym papierowym wydaniu TC, nr 29/2026)

Komentarze obsługiwane przez CComment