Islandia to jeden z 3 krajów (obok Norwegii i Japoni), w którym poluje się na wieloryby. Budzi to od lat sprzeciw społeczności międzynarodowej (i to nie tylko tej z proekologicznymi poglądami), która domaga się zaniechania tego barbarzyńskiego procederu.
Powszechnie uważa się, że wielorybnictwo to brutalny przeżytek, który dawno powinien być zapomniany. Poza wszystkim, również dlatego, że ta działalność nie jest opłacalna i stanowi zaledwie ułamek przemysłu rybnego. W Islandii obowiązują od lat restrykcyjne limity na połowy wielorybów - w tym roku można będzie "pozyskać" 134 płetwali karłowatych i 150 płetwali zwyczajnych. To znacznie mniej, niż jeszcze kilkanaście lat temu, ale i te liczby zabijanych w okrutny sposób zwierząt budzą protesty.
Największa fala krytyki spada na islandzkiego multimilionera, 83-letniego Kristjána Loftssona, wielorybnika, który mówi o sobie, że "wielorybia krew płynie mu w żyłach". Jego firma Hvalur, którą odziedziczył po ojcu, ma największy udział w zabijaniu płetwali. Wielorybnicy używają harpunów wyposażonych w wybuchowe groty, a ładunek jest zaprojektowany tak, by eksplodował w ciele zwierzęcia. Niekiedy łowcy (rybacy?) muszą strzelić do zwierzęcia kilka razy. Wygląda to makabrycznie, a krew wielorybia nie płynie w żyłach multimilionera, a zalewa całe pokłady jego statków...
Jedna z organizacji, która szczególnie ostro walczy z Loftssonem uknuła i rozpowszechniła w internecie takie "zachęcające" hasło reklamowe: "Przyjedź tu na urlop i zobacz, jak firma milionera zabija wieloryby".
Loftsson jednak uważa, że polowanie na wieloryby powinno być, jak każda inna działalność związana z pozyskiwaniem żywych zasobów oceanu dozwolone, o ile odbywa się to w sposób zrównoważony. A poza tym uważa, że to wielowiekowa tradycja i dziedzictwo kulturowe kraju. Dodajmy, że gross mięsa z tych połowów trafia nie na rynek islandzki czy europejski, a do Japonii.
W minioną sobotę na Islandii odbyło się ogólnonarodowe referendum mające określić kierunek, w jakim ten kraj ma podążać w najbliższych latach. Nie dotyczyło ono jednak kwestii: "Islandia w UE, a zabijanie wielorybów..." a odpowiedzi bardziej ogólnej: "Czy Islandia powinna wznowić negocjacje akcesyjne z Unią Europejską?"
To kolejna próba rozpoczęcia rozmów o przystąpieniu kraju do wspólnoty europejskiej. (Islandia jest już częścią jednolitego rynku UE i strefy Schengen).
Społeczeństwo islandzkie jest mocno podzielone w kwestii wznowienia rozmów akcesyjnych z Unią. Ci, którzy, którzy chcą integracji liczą na obniżkę stóp procentowych, niższą inflację i ceny. Nie bez znaczenia są też groźby prezydenta Donalda Trumpa, który marzy o przejęciu strategicznych dla USA obszarów na świecie. Takim "smakowitym kąskiem" obok Grenlandii jest Islandia. Akces do EU mógłby być przeszkodą dla zapędów Trumpa.
Z kolei przeciwnicy twierdzą, że dołączenie do UE byłoby ciosem w suwerenność Islandii. Rolnicy oraz branża rybołówstwa i wielorybnictwa obawiają się ograniczenia kwot połowów lub wprowadzenia zakazów. W dyskusjach o akcesji jest to ważniejsze niż bezpieczeństwo, bo przemysł rybny przynosi Islandii 40 proc. przychodów z eksportu.
Ale ostateczny wynik głosowania okazał się niekorzystny dla zwolenników integracji: 52,8 proc. głosujących sprzeciwiło się wznowieniu rozmów, a 47,2 proc. poparło taki krok. Frekwencja wyniosła aż 82,5 proc., co było najwyższym wynikiem od wyborów parlamentarnych w 2009 roku.
Premierka Islandii Kristrún Frostadóttir zapowiadała jednak wcześniej, że w przypadku odrzucenia propozycji wznowienia negocjacji temat nie wróci przed końcem obecnej kadencji parlamentu, czyli do 2028 roku. O wielorybach nie wspomniała...
Ale my w Europie apelujemy - nie zabijajcie wielorybów! I wstąpcie do Unii.






Komentarze obsługiwane przez CComment