ul. ks. Ściegiennego 2, 06-400 Ciechanów 23 672 44 96 sekretariat@tygodnikciechanowski.pl Pon.-Pt.: 8.00 - 15.00

Niełatwe powroty cudem ocalonych

W ostatnich dniach kwietnia 1945 r. wyzwolone zostały dwa największe i jedne z najdłużej działających obozów koncentracyjnych na terenie Niemiec. Pierwszy z nich to Dachau, który wyzwolili Amerykanie 29 kwietnia, a drugi to Ravensbrück – wyzwolony przez Rosjan (30 kwietnia), choć już kilka dni wcześniej tysiącom więźniarek udało się ten obóz opuścić słynnymi „białymi autobusami”, w ramach jednej z największych akcji humanitarnych czasu wojny przeprowadzonej przez Szwedzki Czerwony Krzyż.

Wśród więźniów oby tych obozów, którzy doczekali wyzwolenia, byli mieszkańcy północnego Mazowsza, w tym wiele osób zatrzymanych w ramach akcji przeciwko polskiej inteligencji przeprowadzonej przez Gestapo w rejencji ciechanowskiej w kwietniu 1940 r. Wśród nich przeważali nauczyciele i nauczycielki, księża, urzędnicy, rolnicy, rzemieślnicy, ale byli również studenci, a nawet uczniowie gimnazjów. Wszyscy przeszli najpierw przez obóz w Działdowie i następnie trafili do Dachau 18 kwietnia 1940 r., a kobiety 21 kwietnia 1940 r. do Ravensbrück. W niewoli spędzili pięć lat! Ale w przeciwieństwie do tysięcy ich towarzyszek i towarzyszy niewoli, zmarłych i zamordowanych przez Niemców, wojnę przeżyli. Dla nich to był cud, trudna do opisania radość, ale też kolejne w życiu wyzwanie.  

Nastrój tamtych dni dobrze oddaje relacja Ireny Kurowskiej, przedwojennej pułtuskiej nauczycielki, aresztowanej przez Niemców w kwietniu 1940 r., razem z mężem Bolesławem, urzędnikiem pocztowym w Pułtusku, który wyzwolenia już nie doczekał, zmarł w obozie Mauthausen-Gusen 18 grudnia 1940 r. Jego żona Irena (nr obozowy 3352), widząc w Ravensbrück owe „białe autokary”, którymi 25 kwietnia 1945 r. rozpoczęła swą drogę do wolności, zanotowała: „Ciążą lata niewoli. W głowie jedna, jedyna myśl dzień w dzień przez lat pięć z uporem powracająca – kiedy przyjdzie wyzwolenie? Jak cudna musi być wolność […]. Jakieś białe auta, niby ptaki, stoją rzędem przed bramą obozu Ravensbrück. Boże, nareszcie ludzkie twarze, ludzkie współczujące spojrzenie i te białe auta. Nagle ta myśl uparta wraca, lecz jak objawienie, jak olśnienie, jak cud – to wyzwolenie! Ktoś zjawił się ze świata zewnętrznego, ktoś dotarł aż tutaj, by wyciągnąć litościwe dłonie i upomnieć się o niewolnice nieszczęśliwe… W obozie zawrzało. Obóz huczał i szalał z radości i szczęścia do późna. Wreszcie nastąpiła noc, czernią spowiła bloki. Usnęły kobiety, śnią o białych autokarach Szwedzkiego Czerwonego Krzyża i o wyzwoleniu. W przestworzach unoszą się duchy tysięcy umęczonych tam i pomordowanych kobiet” (fragment wspomnień autorki „W szponach nadludzi”).

Jednak owa pamiętna środa, 25 kwietnia 1945 r., dla Ireny Kurowskiej to był dopiero początek pierwszego etapu jej wyzwolenia i powrotu do Ojczyzny. Wraz z obozowymi towarzyszkami trafiła przez Danię do Szwecji, a do Pułtuska powróciła dopiero 30 listopada 1945 r. Inne jej krajanki, aresztowane w 1940 r. i zesłane do obozu w Ravensbrück, wróciły już wcześniej, jak Stanisława Bochenek z Łubienicy, która do Polski przybyła już w lipcu 1945 r., niektóre, tak jak Irena Kurowska, wróciły jesienią (Maria Malinowska i Maria Milewska z Pułtuska), inne dopiero po roku (Marta Guzowska, Eugenia Roman i Lucyna Zaboklicka), a dwie Putłuszczanki – urzędniczka Anna Pocenty oraz Anastazja Zofia Salach, nauczycielka gimnazjum żeńskiego, osiadły w Szwecji na stałe.  

Znacznie dłużej trwały powroty aresztowanych przez Gestapo podczas kwietniowej akcji 1940 r. mężczyzn. Uwolniony w Dachau w kwietniu 1945 r. ks. Lech Grabowski, przedwojenny dyrektor Muzeum Diecezjalnego w Płocku, zaraz po wyjściu z obozu zaczął poszukiwania swej matki, Wandy Grabowskiej, aresztowanej przez Gestapo w 1944 r. i zesłanej do Ravensbrück. Obóz co prawda przeżyła, ale nie na długo. Ksiądz Grabowski odnalazł ją w pod Stuttgartem i zabrał ze sobą do Meppen, gdzie pełnił obowiązki kapelana dywizji pancernej gen. Stanisława Maczka. Wycieńczona obozowymi przeżyciami matka zmarła na jego rękach 1 listopada 1945 r. On do Polski wrócił dopiero w 1959 r. Jego rówieśnik, ks. Józef Brzeziński, aresztowany w kwietniu 1940 r. jako wikariusz w Lutocinie, po wyzwoleniu obozu w Dachau pozostał w Niemczach jeszcze dwa lata i pracował jako kapelan w obozach przejściowych dla Polaków. Do diecezji płockiej wrócił latem 1947 r. W tym samym okresie powrócił na Mazowsze ks. Wincenty Pyszyński, aresztowany w 1940 r. jako wikariusz w Gójsku. Po wyzwoleniu Dachau przez trzy tygodnie przebywał w szpitalu zorganizowanym przez Amerykanów, po czym pracował jako duszpasterz Polonii w Niemczech. Między innymi poszukiwał polskich dzieci wywiezionych przez okupantów podczas wojny i przekazanych do rodzin niemieckich. Inny z płockich księży niedługo po wyjściu z Dachau poświęcił pracy wśród polskiej młodzieży w Niemczech. Był to ks. Józef Góralski, przedwojenny nauczyciel Niższego Seminarium Duchownego w Płocku, aresztowany w kwietniu 1940 r. w Sierpcu. Po krótkiej rekonwalescencji w maju 1945 r. zorganizował pod Monachium gimnazjum i liceum dla polskich chłopców, a także szkołę zawodową. Do Płocka wrócił we wrześniu 1945 r. i wkrótce podjął na nowo obowiązki nauczyciela języka polskiego. Ceniony przez kolejne pokolenia płockich wychowanków, dożył 92 lat, choć po osiemdziesiątce bardzo podupadł na zdrowiu. Wśród aresztowanych podczas akcji przeciwko polskiej inteligencji byli i tacy księża, którzy po wojnie już do Polski nie powrócili. Należał do nich dawny proboszcz parafii w Miszewku Strzałkowskim, ks. Hubert Kamiński, który przeszedł przez obozy w Działdowie, Dachau oraz Mauthausen-Gusen. Wyzwolony w Dachau 29 kwietnia 1945 r. pracował w Niemczech, a w 1951 r. wyjechał do pracy w Stanach Zjednoczonych. Tam zmarł w 1987 r., dożywszy 79 lat.

W grupie innych mężczyzn aresztowanych w kwietniu 1940 r., którzy przeżyli Dachau, powroty do kraju były znacznie szybsze. Rodzina i bliscy, których nie wiedzieli od pięciu lat, były dla nich wystarczającą motywacją do powrotu, choć i ich wędrówki do Ojczyny nie zawsze były proste. Dla nich jednak najważniejsze było to, że ocaleli. Bo przecież spośród 50 aresztowanych w kwietniu 1940 r. mieszkańców powiatu pułtuskiego, wojnę przeżył tylko co piąty. Wkrótce po wyzwoleniu obozu w Dachau wrócił Jerzy Zbigniew Kopeć, przed wojną pracownik Urzędu Skarbowego w Pułtusku, a Zygmunt Sobolewski, pracownik Rejonowej Komendy Uzupełnień, powrócił do kraju we wrześniu 1945 r. Z kolei z tzw. grupy mławskiej, szacowanej w kwietniu 1940 r. na blisko 90 osób, wojnę przeżyło – jak wspominał Czesław Miłobędzki, przedwojenny kierownik szkoły w Miączynie Wielkim koło Szreńska, więzień Dachau i Mauthausen-Gusen – zaledwie sześć osób. Do ocalonych z przedwojennego powiatu ciechanowskiego należał doktor Maksymilian Purzycki, ciechanowski lekarz, który wkrótce po powrocie do Polski, podjął praktykę lekarską, ale już 14 marca 1946 r. zmarł, mając zaledwie 54 lata. Obozowe doświadczenia i dokonywane na nim pseudo-medyczne eksperymenty zebrały swoje żniwo. Z Ciechanowem po wojnie związany był również Kazimierz Miecznikowski, pochodzący z Makowa Mazowieckiego, przedwojenny nauczyciel w szkole w Mieszkach Wielkich koło Sońska. Aresztowany w 1940 r., trafił najpierw do Działdowa, a potem do Dachau. Do dziś zachowały się jego listy, który wysyłał z obozu do żony Aurelii i do dzieci. Pisał, że wszystko dobrze, jest zdrowy, tęskni i prosi o paczki. Typowe dla obozowych listów treści, na które Niemcy pozwalali. A jednak jakże cenne dla najbliższych, bo ich otrzymanie znaczyło, że ich nadawca żyje. Po wojnie przez wiele lat był inspektorem oświaty, a także uczył w Szkole Podstawowej nr 6 w Ciechanowie. Zmarł w wieku 94 lat. Spoczywa na cmentarzu komunalnym obok ukochanej Aurelii. Wśród ocalonych z Dachau w kwietniu 1945 r. był również Kazimierz Majkowski, pochodzący z miejscowości Chodkowo-Załogi koło Makowa Mazowieckiego. W chwili osadzenia w obozie był młodym absolwentem uniwersytetu. Miał 22 lata. Po powrocie z Dachau poświęcił się nauce i był potem profesorem Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie, nazywanym przez studentów „profesorem duszyczką”. Innym ocalonym był Wincenty Kępczyński z Płocka, przedwojenny poseł na Sejm z listy Polskiej Partii Socjalistycznej, z zawodu kołodziej, z zamiłowania związkowiec i działacz społeczny. Zaraz po wyjściu z obozu powrócił do Płocka, gdzie stanął na czele PPS i nawet uzyskał mandat poselski do Sejmu Ustawodawczego (1947). Jednak już rok później, kiedy połączono PPS z PPR (powstała PZPR), został usunięty z partii. Zmarł w Płocku w 1955 r., mając 63 lata. Każda z biografii tych ludzi, również ta po wyjściu z Dachau, czy w przypadku kobiet po oswobodzeniu z Ravensbrück, to niepowtarzalna historia cudownego ocalenia i upragnionego, choć nieraz, ciężkiego powrotu. To również historia tych – jak pisała przywołana już Irena Lachowska- Kurowska – których „nawet w najcięższych chwilach życia, cechowała miłość do Ojczyzny i Jej wierność oraz poczucie godności narodowej wobec wroga, solidarność i chęć niesienia sobie wzajemnej pomocy”.

Komentarze obsługiwane przez CComment