Jeśli ktoś spodziewał się, że w lipcu i sierpniu zapanuje u nas tzw. sezon ogórkowy, czyli wyciszenie w życiu społeczno-politycznym Polaków, że zajmiemy się urlopami i podróżami (niektórzy może przetworami), ten się srodze zawiódł. A może i ucieszył...? Bo lato mamy nietypowe, mocno wybuchowe. I nie dotyczy to tylko pogody.
Jeszcze nie rozpoczął się na dobre pierwszy miesiąc wakacji, a już wybuchła afera w służbie zdrowia. Miało to miejsce w Szpitalu Południowym w Warszawie, a potem nastąpiła seria eksplozji w całym kraju
To wynik narastającej niezdrowej sytuacji w naszej służbie zdrowia. Wiadomo było, że wrzód wyhodowany przez decydentów politycznych, NFZ i samo środowisko lekarskie musiał kiedyś pęknąć. Chodzi o sposób zatrudniania, wynagradzania oraz przywilejów płacowych lekarzy w państwowej służbie zdrowia. "Państwowej", czyli naszej, bo składamy się na nią my wszyscy, pacjenci. No, prawie wszyscy...
Burzę wywołał "sygnalista" (też zresztą lekarz), który ujawnił zarobki kolegi, doktora, 29-letniego Dawida K., będącego równocześnie radnym i politykiem KO (tu obowiązkowe oświadczenie majątkowe). Dodajmy - doktora bez specjalizacji, zatrudnionego na stanowisku koordynatora SOR w Szpitalu Południowym w Warszawie.
Ów doktor zarobił w 2025 roku… 1,6 mln zł. I to nie tylko w swoim macierzystym szpitalu. Koordynator oprócz swoich obowiązków pracował też w przychodni na Ochocie, na SOR-ze Szpitala Bródnowskiego oraz na izbie przyjęć w szpitalu św. Anny. Oznacza to, że Dawid K. pracując średnio 331 godzin miesięcznie, zarabiał przeciętnie ok. 133 tys. zł na miesiąc. Jednak media zwróciły uwagę, że lekarz w godzinach pracy pojawiał się też w telewizji, prowadził aktywność polityczną. Po nagłośnieniu tych informacji doktor K. złożył rezygnację z członkostwa w KO, a szpital w Warszawie rozwiązał z nim umowę.
I naraz z całego kraju zaczęły napływać informacje o podobnych przypadkach. Media przypomniały dość bulwersującą historię dwóch ortopedów ze Specjalistycznego Szpitala w Ciechanowie, którzy na początku 2025 r., odchodząc z pracy w Ciechanowie, wystawili faktury za swoje usługi - rekordzista otrzymał 570 tys. zł za dwa miesiące pracy, drugi tylko nieco mniej (pisał o tym "TC" na portalu 22 stycznia 25 r). Ale już te "kwoty z ciechanowskiego szpitala", w świetle informacji, którymi zaczęły zalewać nas media z całego kraju (Mogilno, Grójec, Sosnowiec, Białystok) przestały robić wrażenia. Bo co lekarz to milioner! Co doktor to tytan pracy. I biznesmen. Co najmniej na dwóch etatach, na kontraktach (plus etat), w 3-4 szpitalach, po 14 godzin pracy dzień w dzień, przez cały rok, do tego 24 godzinne dyżury...
Na zapytanie dziennikarza, czy taki lekarz nie jest aby przemęczony, czy nie jest zagrożeniem dla pacjenta, rzeczniczka pewnego szpitala wojewódzkiego odpowiada: "Ależ pan doktor przecież odpoczywa w trakcie dyżuru...".
Wszyscy w kraju są chyba zgodni: decydenci, pacjenci, menedżerowie, pracownicy służby zdrowia, sami lekarze(?): w tej sferze naszego życia jest patologia, naginanie przepisów, brak nadzoru nad środkami publicznymi, szpitale to miejsce karier, miejsce zadziwiających awansów i kasy bez ograniczeń... I trzeba temu zaradzić. Tylko jak?
Lekarze podobno podali już konkretną kwotę, jaka ich zadowoli. W ub. tygodniu Łukasz Jankowski, szef Naczelnej Rady Lekarskie w rozmowie z red. Renatą Grochal zdradził wysokość angażów, które zadowoliłaby lekarzy i pozwoliłaby im przejść z kontraktów (głównego pola nadużyć zarobkowych) na etaty. To mają być trzy średnie krajowe pensje, czyli – według aktualnego przelicznika - ok. 27,5 tys. zł brutto miesięcznie. Do tego ograniczenie do dwóch etatów na osobę...
Czy to wystarczy, panie doktorze?






Komentarze obsługiwane przez CComment