Jak wielu moich znajomych (i nieznajomych) każdy nowy dzień zaczynam od porannej kawki. Wysłużonemu ekspresowi wydaję (a raczej sobie) krótkie żołnierskie komendy: nasyp kawy, napełnij wody, miel – parz - nalewaj! No i już jest znajome, miłe uchu prychanie i syczenie, a zaraz potem pobudzający zmysły zapach. Zwyczajna poranna kawka...
Ale od kilku tygodni mam już co rano nie jedną, ale dwie kawki. Ta druga - kawka zwyczajna (Coloeus monedula) - pojawiła się pewnego kwietniowego poranka przed moim domem, wyróżniała się na tle innych skrzydlatych (kawki, kosy i dzikie gołębie), które często zaglądają do ogrodu, bo miała zwisające skrzydło, złamane albo zwichnięte. W każdym razie nie była w stanie zerwać się do odlotu na widok człowieka, ale śmiesznie podskakując i wlekąc to skrzydełko za sobą, schowała się za ogrodową wiatę. Po pewnym czasie znów wychynęła, aby susami przemierzać ogród tam i z powrotem. Trwało to kilka dni. Zastanawiałem się jak jej pomóc, czy próbować (i jak) ją złapać, gdzie zadzwonić, żeby to skrzydło zreperować i kto by mógł się tym zająć… Ale okazało się, że kawka chciała raczej do wolności niż do skrzydłopedy, bo któregoś dnia znalazła większą dziurę w ogrodzeniu, przecisnęła się między sztachetami i wydostała na ulicę. Pokicała przed siebie w stronę ruchliwego skrzyżowania. Uff...
Na drugi dzień już miałem spokojnie rozpoczynać ranek jak zwykle od kawki, ale coś mnie „tkło” i wyjrzałem przez okno. Przed wiatą stała kawka i przechylając łebek łypała w moją stronę. Musiała przemyśleć swoją sytuację (co dwie kawki to nie jedna) i wróciła. Jak znalazła tę dziurę w płocie?
Chcąc nie chcąc, musiałem jakoś jej pomóc przeżyć. Najpierw zaopatrzyłem ją w wiktuały, postawiłem pojemnik z wodą i wysypałem trochę ziarna. Systematycznie zacząłem podrzucać wybrane resztki żywności. Potłukłem nawet zeszłoroczne orzechy i rozsypałem pod czereśnią. Ależ ją to ucieszyło! Przez okno (i lornetkę, popijając kawkę) widać było, jak kawka pazurkami przytrzymuje łupinkę i skrzętnie wydziobuje zawartość. (Wiadomo, że wszystkie krukowate przepadają za orzechami, potrafią rozbijać je na asfalcie lub cementowych parkingach zrzucając je z wysokości, czasami tuż przed przejeżdżającymi samochodami.
Moja kawka zwisłoskrzydła szybko polubiła te moje starania. Codziennie rano stawia się na posterunku, między wiatą a kompostownikiem, i patrzy w okno. Kiedy wychodzę z wałówką, odskakuje i chowa się pod drzewami, a kiedy wracam do porannej kawy, ona jest już przy swoim śniadaniu.
Aliści minęło kilka dni i zauważyłem, że stan mojej kawki się poprawia. Skrzydło już tak nie zwisa (może nie było złamane, albo się szybko zrosło?), jej skoki są nie tylko coraz dłuższe, ale i wyższe. Potrafi już wskoczyć na drabinkę, na której rośnie winogron, stamtąd przedreptać cały trzepak (tak boczkiem, boczkiem), po czym stamtąd wskakuje na jaśmin i już jest na jodle, skąd ma widok na moje okno. Ostatnio nawet podfrunęła kilka metrów...
Oczywiście sięgnąłem do literatury związanej z krukowatymi, kawkami szczególnie. Dowiedziałem się, że te ptaki potrafią zaskakiwać nie tylko swoich braci i siostry, ale i ludzi. Podobno rozpoznają i kojarzą po twarzy człowieka, którego już widziały. Są empatyczne i troskliwe. Niektóre osobniki wychowują cudze pisklęta, jakby były prawdziwymi opiekunami. Inne sprawnie zdobywają pożywienie w najbardziej nieoczekiwanych miejscach (vide moja kawka). Choć bywają uciążliwe, pełnią pożyteczną rolę, ograniczając szkodniki i sprzątając miejskie odpady. Ponadto potrafią być mistrzem adaptacji, a każdy dzień z kawką może kryć w sobie niespodziankę. Ale to już wiem...






Komentarze obsługiwane przez CComment