Zaprawdę powiadam wam, dziwnie jakoś. Maj nas we majówkę Celsjuszem wysokiem uraczył, jako nigdy. Słońce promieniowaniem superfioletowym lica nasze spaliło, grill skwierczał zawzięcie ode kiszki i kiełby, a miód pitny i okowita lać się raczyły strumieniami. Łżykwiat parszywy żywot swój zakończył.
Pietrek TrudnaSzajka czynu zacnego dokonał, o którem potomni wspominać będą, dukatów milyony nieprzeliczone ode ludu pozyskawszy. Jędrzej Pucybut znade Niemna powrócił, ze lochu wypuszczon przeze Białej Rusi króla wąsatego. Poseł Łajza przeze Jarko ze klubu wyrzucon. Król Karol królowi jankeskiemu korali nie kupuje. Rajcy kasztelanii ciechanowskiej kasztelańskim rządcom zaufania wotum udzielają absolutoryum podarowawszy, jako i rajcy grodowi merowi ciechanowskiemu Krzyśko. Poseł Adam z Krzemowej Doliny wieści przekazuje, iże dla bicykli trakt czynić będą na pęchcińskich włościach. Ku ciechanowskiej manufakturze posłowie z dalekich krain przybywają, coby wynalazki alchemików ciechanowskich obaczyć. Na ujazdowskich włościach śledzie łowią, a pode ciechanowskim zamkiem trubadur Konkwistador pogrywa. Zewsząd wieści zacne, aże żywot wieść się chce. Po temu właśnie dziwnie jakoś, albowiem zdawać się raczy, iże zbytek to łaski. Nie przywykli my. Po temu jeno czekać, aże to wszystko... pierdnie.
Żywot znawszy, pewno niechybnie Zimna Zośka przyjdzie. I jako przyjdzie, takoż ostanie. Aże do lipca, albo i dłużej. Pewno po wtóre głupotę jakowąś król jankeski uczyni. Nieuniknione to dictum, albowiem człek ów we lustro spojrzywszy, ze podziwu nade sobą wyjść nie może, tyluż bojom wszak zapobiec raczył. Strawa dla dorożkowych koni pewno na powrót sakwom naszym ciążyć będzie. Dönek i Jarko, li Dönek i Karol, li we trójnasób, po wtóre czupurzyć się będą, ku szkodzie krainy owej, gdzie bursztynowy świerzop, a wtórować im będzie Sławko, Grześko i Przemko, a i Włodko ze trzy grosze dorzuci. Namiestnik Adam z Truzik dukaty rozdawać przestanie, albowiem we skarbcu posucha. Zdrowotności instytucya niżej jeszcze upaść raczy, choć zdawać by się mogło, iże niemożliwość to. Lada dzień draka jakowaś kolejna na światło dzienne wyjść raczy, li afera jakowaś pośród szlachty. Na Pietrka fiskus naślą, Pucybuta na powrót wtrącą, rajcy absolutoryum zabiorą, na pęchciński trakt dukatów zbraknie, a gladyatorów reprezentacya na mundyal kwalifikacyi nie uzyska. A nie, wróć. To już było.
A żywot znawszy pierdnie coś tedy, kiedy papirus ów ku machinie Gutenberga wysłan będzie, przeto oczom waszym ukazać się raczy po ptakach.
Czemuż waćpan czarne jako smoła binokle przyodział, zakrzyknie jeden z drugiem. Radować wszak się trzeba, kiedy zacny ów czas, miast we całem dziury szukać. Po cóż nadobne wieszczyć, kiedy zacne tu i teraz?
Ano może i racya, mocium panie. Jeno jakoś uwiera i świerzbi dictum owo, a mecyi owej wytłumaczyć nie sposób. Przeczucie jakoweś, intuicya, li z autopsyi refleksya, wiedzieć mi nie dano. Jeno pokoju mi dawać nie raczy łaski owej zbytek, albowiem z rzadka to sytuacya. Zawżdy ku równowadze dąży opatrzności dola, przeto kiedy łaski zbytek, łaski posucha przyjść musi. Po temu trwoga ci u mnie i lęk jakowyś. Albo starość to, jako kto woli. Takiż to żywot na owym łez padole. Odetchnąć człek by chciał, relaksu zażyć, a tu rzyć. I jak tu żyć? Spożyć jeno. Wróć, prohibicya.
Zaprawdę, nie dogodzi człekowi. Śmiał się onegdaj ze smerfa Marudy człek, a natenczas sam nim się jawi. Nie cierpi, a cierpi. Jako młody Werter.
Młody, a stary.






Komentarze obsługiwane przez CComment