Ostatnie, szalone dni karnawału zwane były kusymi dniami, kusakami, ostatkami, zapustami lub mięsopustem. Był to czas spotkań przepełnionych radością, swawolą, muzyką, śpiewami i tańcami do upadłego, ale przede wszystkim – tradycyjnie dni obfitego, tłustego jedzenia. Na wsi zazwyczaj nie było ono zbyt wyszukane – głównie kiełbasy, suto kraszone skwarkami kartofle i kasze, ociekające słoniną bigosy, słodkie pączki lub mniej pracowite pampuchy. W bogatszych domach szlacheckich pojawiały się też różne pieczenie i chruściki. Wszyscy jednak jedli do syta przed zbliżającym się długotrwałym postem.
Przez wsie przy wtórze grajka wędrowały
rozbawione pochody przebierańców i niezwykłych maszkar, radośnie figlujących w izbach i przymawiających się o poczęstunek lub datki. We
wtorek późnym wieczorem kończył się okres zabaw i hulanek. Jedną z form ich pożegnania było popielcowe kazanie. Najbardziej wygadany, obdarzony oratorskim talentem uczestnik zabawy przebierał się za księdza i zaczynał wesołą, nieco nonsensowną gadkę, w którą wplatał dowcipne opowiastki związane z mieszkańcami wsi. To improwizowane kazanie wywoływało salwy śmiechu. Odbywał się również pogrzeb basa - symboliczne zakończenie dźwięków muzyki i śpiewów. Instrument – najczęściej skrzypki lub kontrabas - muzykant uroczyście zamykał w skrzyni lub szafie. Zabawie towarzyszyły płaczki, które żałośnie zawodziły nad przykrytym czarną tkaniną instrumentem. Miał tam spoczywać, nietknięty, przez długie sześć tygodni… W niektórych rejonach odbywało się również uśmiercanie grajka, w trakcie którego symulowano na nieszczęśniku wykonanie wyroku śmierci przez powieszenie lub spalenie. Okazją do zabawy było także wieszanie śledzia, symbolizującego wszystkie niewymyślne potrawy postne.
Do karczmy, w której odbywała się
ostatkowa zabawa,
około północy wnoszono garnek z żurem, rybi szkielet albo śledzia. Był to znak, że rozpoczyna się post. Niesmaczny żur i śledzie będą na długo podstawą pożywienia. Po tłustościach ostatkowych należało dokładnie wyszorować popiołem i wyparzyć wszystkie garnki, rondle i patelnie, aby nie została nawet odrobina tłuszczu. Gospodynie na Mazowszu nawet tłukły gliniane naczynia, które mogły zachować ślady spożywania mięsa. Nie darmo przysłowie znane w całym kraju mówiło, że Mazur woli zabić człowieka, niż złamać post! W bogatszych domach szlacheckich na zakończenie ostatniego sutego posiłku gospodyni wnosiła półmisek nakryty pokrywą. Kiedy pan domu zdejmował pokrywę, z półmiska ulatywał żywy wróbel. Był to znak, że wraz z wróblem symbolicznie ulatują na czas Wielkiego Postu wszelkie uciechy - obfite poczęstunki, śmiechy, tańce, muzyka i zabawy.
Środa popielcowa,
zwana również Wstępną rozpoczynała sześciotygodniowy czas postu. Poza zakazem spożywania w tym czasie mięsa i tłuszczów zwierzęcych obowiązywał zakaz urządzania zabaw i wesel, milkły instrumenty, nie śpiewano świeckich pieśni, nie słychać było gwizdania ani wesołego, głośnego śmiechu. Należało zachowywać spokój i umiarkowanie we wszystkim, a przede wszystkim wstrzemięźliwość w jedzeniu. Wielu mieszkańców wsi ślubowało wstrzymanie się na czas Wielkiego Postu od palenia papierosów, zażywania tabaki czy picia gorzałki. Ale niełatwo było przejść od rozpasanej zabawy do nastroju powagi, więc jeszcze w Popielec, a często nawet w kilka pierwszych dni Wielkiego Postu bywały różne figle, swawole i obrzędy.
W kościele
kapłan sypał popiół na głowy wiernych,
a po wsiach i miasteczkach biegali rozbawieni chłopcy, bijąc nie spodziewających się przechodniów pytami (rękawy starych koszul, pończochy itp.) napełnionymi popiołem. Gospodynie starały się pilnować drzwi, aby żaden żartowniś nie wrzucił do izby glinianego garnka wypełnionego popiołem. Swawolnicy rzucali takie garnki również pod nogi przechodniów, wzbijając dzięki temu tumany kurzu. Po ostatkowych szaleństwach nie wszyscy jednak byli w stanie iść w środę popielcową do kościoła, więc jeszcze sto lat temu powszechnie w pierwszy piątek lub niedzielę Wielkiego Postu w kościołach kapłani powtarzali obrzęd sypania głów popiołem.
We wtorek zapustny
, a częściej właśnie w Popielec odprawiano ciekawe obrzędy, zwane tańcami na urodzaj. Zebrane w karczmie kobiety, rozochocone tradycyjnym napitkiem i śledzikiem, rytualnie tańczyły - a właściwie wysoko i rytmicznie podskakiwały, zawodząc przy tym: „Na len, na konopie, żeby się rodziły, żeby nasze dzieci nago nie chodziły”. W tym samym czasie gospodarze, zebrani w drugiej izbie, skakali tak aby zapewnić sobie urodzaj zbóż. Wierzono, że im wyżej ktoś podskoczy, tym wyżej urosną jego plony. Na koniec uroczystość najczęściej przekształcała się we wspólną zabawę, zamykającą czas karnawału. Inną formą żartów popielcowych były tzw. klocki, niepostrzeżenie przypinane przez swawolników ludziom wychodzącym z kościoła. Były to kurze łebki lub łapki, szkielety śledzi, kawałki flaków i skorupki jajek. Adresatami najczęściej byli starzy kawalerowie lub osoby nielubiane, a ich paradowanie z takim klockiem wzbudzało salwy śmiechu. W Popielec publicznie upokarzani byli młodzi ludzie - zarówno panny, jak i kawalerowie którzy nie wyszli za mąż czy nie ożenili się, chociaż zdolni byli do żeniaczki. Młode mężatki łapały panny, a mężczyźni - kawalerów. Delikwentów zaprzęgano do ciężkiej kłody lub półwózka i zmuszano do ciągnięcia przez wieś aż do karczmy, gdzie nieszczęśnicy musieli się wykupić piwem i gorzałką. Nie dość, że byli ośmieszani, to jeszcze ponosili straty materialne! Nic dziwnego, że tacy młodzi ludzie w Popielec chronili się w różnych kryjówkach.
Ostatki i Popielec
dla gospodarzy były ostatnim okresem odpoczynku. Przypominały o zbliżającym się przedwiośniu, zapowiadały odnowę roślin po śnie zimowym i konieczność rozpoczęcia wkrótce prac gospodarskich. Szkoda, że dawne zwyczaje, wierzenia i zabawy odeszły w przeszłość. Niektóre są przypominane podczas różnorodnych wydarzeń w muzeach skansenowskich, w trakcie imprez folklorystycznych czy w postaci różnych inscenizacji, ale nie mają już autentycznej żywiołowości i dawnego rozmachu.






Komentarze obsługiwane przez CComment