ul. ks. Ściegiennego 2, 06-400 Ciechanów 23 672 34 02 sekretariat@tygodnikciechanowski.pl Pon.-Pt.: 8.00 - 16.00

Z plecakiem przez świat, z manufakturą do Sochocina. Życie na własnych warunkach

Gosia Witkowska, znana jako Gosia Sweet Love przemierzyła pół świata, pracując, gotując i poznając życie zwykłych ludzi. Fot. zbiory prywatne

Odwiedziła wiele miejsc na całym świecie, od Cypru po Indie i Azję. Podróżowała wygodnie, z walizką, ale i autostopem. Często poznawała nowe miejsca i ludzi, pracując, bo wtedy można poznać je bardziej. Testowała sery, sprzątała luksusowe hotele, pomagała Polakom w Anglii. Gosia Witkowska, znana jako Gosia Sweet Love, jest medytującą kucharką, a także ogrodniczką i cukierniczką, wytwarzającą sygnowane własną marką wegańskie słodycze. Kilka lat temu wróciła do rodzinnego Sochocina. 

Przy stoliczku ze szpuli… 

Spotykamy się u Gosi. Siadamy przy służącej jako stolik drewnianej szpuli po kablu, przywiezionym kiedyś z jakiegoś festiwalu. Bo Gosia stara się żyć świadomie, wykorzystywać to, co jeszcze można. 

Na stoliczku woda z miętą i coś słodkiego do tego. Coś, to złe słowo, bo to są słodycze wyprodukowane przez Gosię. Cudnie wyglądają, aż szkoda je unicestwić, zjadając. Wieje wiatr, świeci słońce, a czasem zaplącze się mała kropla deszczu. Za roześmianą Gosią, która ma uśmiech i otwartość w oczach,  ogródek. Rosną pomidory, dynie, z drugiej strony biegają kury. Ten obrazek idealnie pasuje do rozmowy z Gosią o Gosi...

Gosia Witkowska, znana bardziej jako Gosia Sweet Love, obecnie wytwarza w swojej manufakturze  wegańskie słodycze, bez cukru i glutenu, wyłącznie z produktów naturalnych. Ze swoją mobilną kawiarenką jeździ na świadomościowe festiwale, pracuje również jako kucharka na wyjazdach warsztatowych. Ale także udziela się społecznie. 

Kim jest Gosia? – pytam, bo przecież się nie znamy osobiście. Widywałyśmy się przelotnie na różnych wydarzeniach. 

- Jestem chyba takim eksploratorem życia w różnej formie – odpowiada Gosia na moje pytanie. - Lubię testować różne rzeczy, lubię poznawać, kocham podróże. Jestem też ogrodniczką, lubię świat roślin.  I jestem też kucharką, choć najbardziej odpowiada mi kuchnia wegańska i wegetariańska. Teraz jem wszystko, również mięso, choć sporadycznie.

Z Cypru przez Anglię do Azji… 

Gdy w 2006 roku Gosia obroniła pracę licencjacką, miała kilka miesięcy czasu do rozpoczęcia studiów magisterskich. Opowieści koleżanki o pracy za granicą dały jej do myślenia i postanowiła spróbować. 

Agencja oferowała pracę w Anglii,  angielski Gosi był wówczas słaby i z rozmowy kwalifikacyjnej nic nie wyszło. Ale potem pani z agencji zadzwoniła, proponując pracę na Cyprze. 

- Długo się nie zastanawiałam i w lany poniedziałek 2006 roku po raz pierwszy wsiadłam do samolotu – opowiada Gosia.

Na Cyprze spędziła kilka miesięcy, pracując jako pokojówka w hotelach i restauracjach. Wróciła do Polski, ale tylko na chwilę,  przelotem, bowiem już na Cyprze pojawiła się możliwość pracy w Anglii, w fabryce sera. Więc Gosia przywitała się z Anglią i została technologiem produkcji w fabryce sera.  

- Miałam tam fajną ekipę, zarabialiśmy, mogliśmy więc podróżować, eksplorować ten świat. Zachłystnęłam się tym, że mogę to robić – przyznaje.

Najpierw wyjeżdżała z walizką, ale w 2012 roku po raz pierwszy wyruszyła w podróż z plecakiem. Wspólnie z poznaną przez internet towarzyszką przez 3 miesiące przemierzały Azję - Singapur, Indonezja, Malezja, Nepal, Tajlandia, Wietnam. Znajomi ruszyć w nieznane nie chcieli, chociażby z uwagi na pracę. 

- A ja czułam,  że w moim życiu coś jeszcze jest do odkrycia, i że ta praca w ogromnej fabryce, gdzie jestem zamknięta, to nie jest moje miejsce, w którym mam być – przyznaje.

Porzuciła więc pracę w fabryce, której drzwi w przyszłości i tak były dla niej otwarte.  Podróż do Azji wiele zmieniła. Gosia nie wróciła już na etat.

- Zobaczyłam że można w życiu robić różne rzeczy.  Cieszę się, że znalazłam odwagę, by wyruszyć do Azji, z osobą, której nie znałam. Zaciekawiła mnie ta różnorodność kultur, kuchni, tu góry, tu morze. Poczułam wolność, poczułam,  że można żyć inaczej – mówi.

Czemu nie autostopem…

Z Azji trzeba było jednak wrócić. Skończyły się pieniądze, więc Gosia wróciła do Anglii, gdzie serowa fabryka szukała kogoś na kwartał. Miejsca długo tu nie zagrzała, bo poczuła ochotę na większą przygodę, i z przyjaciółką ruszyły autostopem, z Polski do Grecji. Zajęło im to pięć tygodni. 

Były i trudniejsze momenty.  Najdziwniejszy pojazd, jakim podróżowały, to żółty żuk blaszak,  którego ekipa wycofała się z udziału z rajdu Złombol, a który zabrał Gosię i jej przyjaciółkę z Węgier do Chorwacji.  

Bywało i tak,  że nie było gdzie spać.  Najdziwniejszy nocleg to dach niedokończonej budowy, gdzie rozbiły namioty. W końcu dotarły na Korfu.

Wróciła do Polski, ale z niedosytem, więc z poznanym na podróżniczym portalu Grzesiem, ruszyła do Gruzji i Armenii. I też autostopem, choć plan był inny. Ale odleciał im samolot… 

Udało się, mieli farta, na stacji paliw spotkali grupę kierowców, którzy konwojem tirów wracali z Holandii do Turcji. 

- Po polsku nie mówili, po angielsku też nie, ale była szybka lekcja odświeżenia rosyjskiego, bo jeden z nich mówił w tym języku, więc z nim pojechaliśmy aż do Istambułu. Bardzo się zaprzyjaźniliśmy, jeszcze po zakończeniu kursu zawiózł nas na autobus.  Ciekawie było zobaczyć świat z ich perspektywy – opowiada.

Turcję przejechali autostopem, często kierowcy sami się zatrzymywali.  To bardzo gościnni ludzie, dla nich zaproszenie na jedzenie jest naturalne,  jeszcze na drogę obdarują,  nawet prezentem. 

A może francuskie Alpy? 

Gruzja i Armenia zostały odkryte, więc Gosia wróciła, z myślą, co dalej.  Była opcja powrotu do Anglii i pomysł, by tym razem zaczepić się w resorcie narciarskim gdzieś w górach i popracować w takim miejscu. 

Znalazła ogłoszenie o pracy we francuskich Alpach i pojechała. Do końca zimowego sezonu jednak nie dotrwała, bo spotkał ją pech – upadek na nartach. Umowa o pracę była tak skonstruowana, że wygasała po dwóch tygodniach niezdolności do pracy.  

- Ale to byli cudowni ludzie, zaopiekowali się mną, wozili do lekarza, mogłam tam mieszkać  - mówi. 

Nie miała w Polsce ubezpieczenia, a czekała na operację kolana, wróciła więc do Anglii, gdzie zamieszkała ze znajomymi,  a w międzyczasie robiła różne kursy,  by się nie nudzić. 

Znalazła też pracę w farmie na obrzeżach miasteczka. Opiekowała się popołudniami starszym panem, a jednocześnie prowadziła firmę, pomagając Polakom w ogarnianiu różnych formalności, większość z nich można było załatwić przez telefon. 

- Żartowałam, że byłam dziewczyną na telefon, i do towarzystwa, bo opiekowałam się starszym panem – śmieje się.

Z Litwy przez Włochy do Portugalii i Maroko...

Gdy starszy pan trafił do domu opieki, zamieszkała z koleżanką i znów znalazła się praca w fabryce,  obok tej od serów.  Miała tam zostać od lutego do końca roku, ale przyszło lato i  znajomy zaprosił ją na wegański festiwal po drugiej stronie Anglii, nad morzem, gdzie usłyszała o spotkaniu Rainbow. Więc pojechała. To wydarzenie to spotkanie w naturze, jak najdalej od cywilizacji, przez 4 tygodnie od nowiu do nowiu. Odbywa się w każdym kraju, gdzie jest tęczowa rodzina,  raz w roku organizowane  jest zgromadzenie europejskie i wówczas takie europejskie spotkanie miało odbyć się w Litwie. 

- Ten lokalny zlot w Anglii bardzo mi się spodobał, otwarci i mili dla siebie ludzie. Zamarzyłam,  że chcę na Litwę,  uprosiłam szefową o wolne i pojechałam – opowiada Gosia. - Litwa była piękna, sielska natura i jak wracałam, już wiedziałam, że do końca roku w Anglii jednak nie wytrzymam. Bo mój plan wcześniej był taki, że popracuję w fabryce do końca roku i będę miała fundusze, by pojechać do wymarzonej Ameryki Południowej.

Plan po Litwie się zmienił, Gosia wróciła do Polski,  by ze znajomymi i swoją mamą pojechać do Włoch.  Miała bilet tylko w jedną stronę, bo już wiedziała, że potem rusza do Portugalii. Tam miał się odbyć zlot Rainbow.

- To wydarzenie uzdrawiające, bez alkoholu, papierosów, cukru, kawy, nie je się chamskiego jedzenia, by pozbyć się wszystkich nałogów. Chciałam spróbować jak to jest,  jeszcze wówczas paliłam papierosy – relacjonuje, dodając, że wydarzenie odbywało się w przepięknym miejscu i choć z ortezą na operowanej wcześniej nodze, to dotarła. 

- Tam poznałam mnóstwo ludzi z całego świata,  ale chciałam gdzieś nad morze i z innymi ludźmi ze zlotu dotarłam na południe Portugalii. Często mam takie sytuacje, że jak pozwolę, że ma się zadziewać, to się zadziewa. Okazuje, że mam misję do wykonania, coś na mnie czeka w danym miejscu – uważa.

Po trzech miesiącach znalazła się w Belgii, a potem znów zahaczyła o Anglię i swoją gościnną fabrykę.  Popracowała trochę, ale znów postanowiła wyruszyć z plecakiem. Sama. I tym razem było to Maroko.

Usłyszeć własne myśli...

W Maroko zwiedzała, ale traf zrządził, że potem trafiła na odosobnienie medytacyjne Vipassana.  Dziesięciodniowe odosobnienie nie jest łatwe, nie wolno było rozmawiać, czytać, pisać, korzystać z telefonu.

- Medytacja dużo zmieniła – mówi Gosia. -  Można więcej własnych myśli usłyszeć i zrozumieć, co się chce. A ja chciałam wrócić po 10 latach do Polski. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, co chcę robić.

Dzięki znajomym z festiwali trafiła na jakiś czas na Lubelszczyznę,  do miejsca, gdzie organizowano festiwale, różne warsztaty. 

- Też mi się tam spodobało. To taka kraina owocowa, miodowa, stare sady, pasieki, lasy, pagórki, wąwozy. Tam poznałam pojęcie permakultura – wspomina.

I tak znów los pchnął ją na świadomościowe festiwale, ale już jako kucharkę dla grup prowadzących warsztaty. 

Gosia od słodyczy...

Wtedy też zaczęła tworzyć wegańskie słodycze. 

- Lubię to robić. Lubię siedzenie w kuchni i gotowanie, tworzenie dań. Miałam wiele epizodów w gastronomii. Od dziecka lubiłam słodycze i zawsze coś kombinowałam, a że inni to chwalili, więc miałam motywację – mówi.

Receptury tworzy sama, a jej cudnej urody i pełne smaku słodkości powstają na bazie pasty kokosowej, bez cukru i glutenu, są wegańskie, poza miodem, który w niektórych przekąskach się pojawia. 

Chcę poznać życie ludzi… 

Zdaniem Gosi, sposobem na podróżowanie i poznawanie miejsc są wolontariaty. 

- Pomagam na kuchni, więc mam nocleg i wyżywienie, ale też uczę się czegoś nowego i poznaję lokalną kulturę. Bo wtedy można poznać ją naprawdę. Nie cieszy mnie odhaczanie listy zabytków, chcę poznać życie ludzi – mówi. 

Internet pozwala zaoszczędzić, można bowiem znaleźć tańsze loty i noclegi.

- Gdy byłam w Indiach i na Sri Lance, to dopiero w autobusie, jadąc gdzieś,  szukałam ofert last minute. Wybieram tańsze kierunki albo jadę do pracy na krótki okres.  Kilka lat temu spędziłam takie wakacje na północy Norwegi, pracując w restauracji i to było przepiękne doświadczenie. Gdybym miała za to zapłacić, kosztowałoby grube pieniądze – opowiada. 

Trudno jej wybrać, które z odwiedzonych miejsc najbardziej jej się podobało. Przez lata na szczycie tej listy był Nepal.

- Jak bym się cofnęła w czasie. Tam ludzie inaczej funkcjonowali, nawet prąd był według rozkładu, drukowanego w gazecie na tydzień do przodu. Ludzie mieli stare telefony, służyły im bardziej jako latarka. Proste jedzenie, ogrom gór Himalajów,  można było inaczej spędzić czas – mówi. - I północ Norwegii, Loffoty, archipelag wysp. Gdy tam byłam, trwał akurat  dzień polarny i nocą wychodziłam w góry. Indie też były przecudowne, mnóstwo przepysznego jedzenia za grosze, mnóstwo smaków i kolorów. Lubię takie klimaty, ale też kuchnia wietnamska pełna świeżych i aromatycznych warzyw mi bardzo odpowiadała. 

Wróciła do Sochocina...

Kilka lat temu Gosia wróciła do Sochocina. Rozwija swoją manufakturę, współpracuje z ośrodkiem kultury, prowadzi warsztaty dla dzieci, pokazując im ogrody i ucząc kiszenia ogórków, działa w Kole Gospodyń i Gospodarzy Wiejskich w Sochocinie. 

Skupiła się na swoich słodkościach, ale i podróżuje, jeździ ze swoją moblilną kawiarenką na festiwale, czasem gdzieś dalej wyskoczy, chociażby na miesiąc na Wyspy Kanaryjskie. Ostatnią zimę spędziła w polskich górach, zarażając je kuchnią wegańską. 

Dokąd ją teraz poniesie ?

Marzenie o Ameryce Południowej być może Gosia spełni już tej zimy, ale tego jeszcze nie wiadomo. Bo może będzie to Tajlandia, w której już była. 

- Zobaczymy,  gdzie mnie zaniesie – śmieje się. 

Nie wie, czy w Sochocinie zostanie do starości. Na razie ma taką potrzebę, by mieć takie miejsce, i czuje potrzebę zakorzenienia się gdzieś na dłużej.  Przede wszystkim chce żyć świadomie, w zgodzie ze sobą. 

- Staram się mieć odwagę, by być sobą i robić to, co lubię – wyznaje.

Fot. zbiory prywatne Gosi Witkowskiej

Komentarze obsługiwane przez CComment