Właśnie minął miesiąc od rozpoczęcia wojny na Bliskim Wschodzie. Ta wojna, podobnie jak wojna w Ukrainie, miała trwać kilka dni, później kilka tygodni, wygląda na to, że będzie trwała miesiące, jeśli nie lata. Bo wojna w Ukrainie weszła już w piąty rok...
Wojny powodują śmierć i destrukcję, lawinę nieszczęść, często także poza granicami krajów, w których się toczą. Dotyczy to szczególnie wojny Izraela i Stanów Zjednoczonych z Iranem, skutkującej zaburzeniami gospodarczymi praktycznie na całym globie. Wprawdzie trwają jakieś nieśmiałe negocjacje, ale wiadomo że po zabiciu irańskiego duchowego przywódcy, Iran będzie się mścił atakując kraje leżące wokół Zatoki Perskiej, aby zmusić USA do wycofania się z tego konfliktu. Mogą do tego dołączyć indywidualni terroryści.
Wojny to dowód na słabość kondycji ludzkiej. Sięganie po przemoc, terror i zniszczenie nie rozwiązuje problemów, raczej je pogłębia. Najczęściej wojny nie przynoszą agresorom zwycięstwa w dłuższym okresie czasu ani oczekiwanych skutków. Przywódcy - predatorzy, nie umieją nawet zdefiniować celów prowadzonej wojny, albo te cele ciągle na nowo definiują, sprawiając wrażenie zagubionych w chaosie. Dla opinii publicznej, ponoszącej koszty wojny, potrzebne są jednak uzasadnienia. Potrzebne są bajki.
Donald Trump jest tego najlepszym przykładem. Jego wiedza na temat wojny jest nadzwyczaj ograniczona. Nigdy nie był w wojsku. Czytać nie lubi, słuchać też nie za bardzo. Nie dla niego codzienne analizy przygotowywane przez wywiad. Zresztą, kiedyś powiedział, że bardziej wierzy Putinowi niż własnemu wywiadowi (CIA). Jest jak cesarz etiopski, otoczony potakiewiczami. O takich Ryszard Kapuściński pisał w książce „Cesarz": „Pan wolał złych ministrów. A wolał dlatego, że pan wolał korzystnie kontrastować. A jakżeby mógł korzystnie kontrastować, gdyby był otoczony przez dobrych ministrów? Lud straciłby orientację, u kogo szukać pomocy, na czyją dobroć i mądrość liczyć. Wszyscy byliby dobrzy i mądrzy. Jakiż bałagan zacząłby się wówczas w cesarstwie!".
Tak więc głównym „potakiewiczem" Donalda Trumpa jest Pete Hegseth, uprzednio dziennikarz ulubionej stacji telewizyjnej Trumpa Fox News, bez doświadczenia w jakimkolwiek rządzeniu. Tenże został mianowany szefem Pentagonu, ministrem wojny, odpowiedzialnym za wszelkie działania najsilniejszej armii świata, i to on właśnie, znając upodobania Trumpa przygotowuje mu codzienną porcję „informacji". Trump kocha obrazki, filmy, zdjęcia, jest modelowym odbiorcą cywilizacji obrazkowej. Przewidział ją dawno w literaturze trochę już zapomniany nasz Jerzy Kosiński w powieści wydanej w Stanach "”Being there". Tam również, bohater reaguje na świat dokładnie tak, jak widział to w telewizji, a otoczenie nie może wyjść z podziwu jak on się mądrze wypowiada.
Hegseth przygotowuje dla Trumpa codzienne dwuminutowe filmiki wideo. Prezydent podekscytowany sukcesami grzmi potem na dziennikarzy, że prezentują wszystko złośliwie w niewłaściwy sposób. Jest jeszcze bardziej opryskliwy wobec dziennikarzy niż („pan się ogarnie") Karol Nawrocki. Dziennikarze nie rozumieją przecież, że wojna jest „już wygrana", co Trump powtarza prawie każdego dnia. Dziwią się mocno, bo trwa i eskaluje. Nie rozumieją że wszelkie urządzenia do produkcji broni nuklearnych zostały już „unicestwione". Dziwią się, bo to samo Trump mówił w połowie ubiegłego roku, gdy trwały 12 dniowe bombardowania Iranu przez siły Izraela i USA. Teraz miałyby zostać powtórnie unicestwione? A jeśli tak, dlaczego Iran miałby się ich wyrzekać, co figuruje w proponowanym przez USA Porozumieniu? Nie rozumieją jak można unicestwić wiedzę, która tkwi w głowach naukowców, fizyków. I wreszcie, urządzenia te, mające na celu wzbogacanie uranu i ostatecznie zbudowanie bomby atomowej, są zapewne ukryte głęboko pod ziemią i skałami, gdzie żadne bombardowania nie trafią. Zatem zniszczenie broni nuklearnych (nigdy nie udowodnionych) nie mogło być celem tej wojny. Ani jakiekolwiek zagrożenie militarne ze strony Iranu, bo wojska irańskie nie sposobiły się do wojny, żaden dowód na to się nie pojawił. To też można między bajki włożyć. Podobnie jak twierdzenia Trumpa, że „reżim został zmieniony" bo zginęli przywódcy. Może zginęli, no to są następni...Nadal trwa Republika Islamska Iranu, skądinąd nieszczególnie sympatyczna forma rządów patrząc z punktu widzenia praw człowieka i obywatela, ale czyż można wywoływać wojny li tylko dlatego, że nie podoba nam się ustrój państwa? Pewnie tak, to jest częsta „bajka", którą nas częstują liderzy. Putin napadł na Ukrainę bo tam ponoć szalał faszyzm a on demokrata nie mógł tego ścierpieć. Amerykanie weszli do Wietnamu żeby "powstrzymać" komunizm. Po wielu latach wojny musieli się wycofać, gdy już naprawdę powstało państwo komunistyczne. Podobnie było w Afganistanie, gdzie chodziło o pokonanie talibów. I znowu, po dwudziestu latach zmagań, Amerykanie zmuszeni byli wycofać się w popłochu. Talibowie rządzą sobie jak chcą. Najsilniejsza armia nie jest w stanie wygrywać wojen w egzotycznym świecie bo tego świata nie zna.
Świetnie ujął to kiedyś Mark Twain, jak zwykle w żartobliwym stylu: „Od czasu do czasu Amerykanie rozpoczynają wojny żeby się trochę poduczyć geografii...". Ale to jest oczywiście jeszcze jedna bajka.






Komentarze obsługiwane przez CComment