Niedawne doniesienia z Irkucka na temat śmierci laborantki w instytucie badającym patogen dżumy zelektryzowały światową opinię publiczną. W wielu krajach europejskich, w tym w Polsce, po raz kolejny ożyły dawne lęki wobec „czarnej śmierci”, która niegdyś dziesiątkowała mieszkańców naszego kontynentu.
Jak pisałem kiedyś, doświadczenia te już od średniowiecza były udziałem również mieszkańców dawnego Mazowsza. I choć od ostatniej epidemii dżumy, która dała o sobie znać w latach 1708-1712, minęły już trzy stulecia, jednak tamte tragiczne wydarzenia wciąż pozostają żywe w zbiorowej pamięci, powracając w wielu opracowaniach dotyczących osiemnastowiecznych dziejów regionu i miast mazowieckich.
Przypomnijmy, że pojawienie się dżumy w pierwszej dekadzie XVIII wieku zbiegło się w czasie z działaniami wielkiej wojny północnej z lat 1700-1721. Zaraza została przywleczona z Turcji, skąd poprzez Ukrainę, Wołyń i Podole dotarła w 1704 r. na Ruś Czerwoną, a następnie objęła Polskę południową. W 1706 r. pojawiła się w Krakowie, a w kolejnym roku dotarła do Sandomierza, Warszawy i Poznania, osiągając swoje apogeum w latach 1708-1712. Świadectwem tych dramatycznych wydarzeń są ówczesne zapiski i wspomnienia. Wojewoda miński Krzysztof Zawisza pisał w swoich pamiętnikach: „Roku 1708 wielkie powietrze od Krakowa do Warszawy przyszło. Ludzi wymarło niemało, a najwięcej nagle”. Z kolei rotmistrz Wawrzyniec Franciszek Rakowski, relacjonując pospolite ruszenie z lat 1701-1711, zanotował, że w czerwcu 1708 r. „w Warszawie powietrze zaczęło się pokazywać; miasto zamknięte od dnia dwudziestego tego miesiąca, zaczęli ludzie mrzeć znacznie”. We wrześniu tego samego roku dodawał: „Z Warszawy na dzień 15 tego miesiąca kładą w regestrze zmarłych na 11 000, oprócz tych co na kępach i po polach poumierali i borach; więcej zaś nad 300 nie rachują co przechorowali. W mieście ludzi nie masz nad 50 żyjących. Już 100 kamienic bez sukcesorów zostało. U fary św. Jana, u Panny Maryi i po klasztorach księża powymierali. Wizytki zapowietrzone przeniosły się za Holendry. W parafii św. Krzyża 5000 ludzi wymarło. Na Solcu tylko 12 ludzi zostało przechorowanych”. Jeszcze latem 1710 r. donosił, że morowe powietrze wciąż zbiera żniwo w Inflantach, na Litwie, w Prusach, w Kurlandii i w całej Polsce. Tragiczny bilans epidemii potwierdza też księga bractwa św. Benona w Warszawie. Pod rokiem 1711 zapisano w niej, że trwająca od dwóch lat zaraza „do 30 000 mieszkańców sprzątnęła”, a jej nawrót przyniósł kolejną falę zgonów. Warszawa dosłownie opustoszała: „Wszyscy prawie ubożsi mieszkańcy wynieśli się w lasy otaczające Wolę. Kościoły, pałace i domy opustoszały, a bujna trawa na najludniejszych przedtem ulicach porosła”. Ta straszliwa plaga trwała w stolicy aż do lutego 1712 r. Z kolei cytowany wojewoda miński Krzysztof Zawisza zapisał, że w 1711 r. zaraza dziesiątkowała również konie i bydło w wielu miejscach, a „febry też tego roku panowały wszędzie”.
Podobne sceny można było zaobserwować również w miastach północnego Mazowsza. Dżuma – przenoszona przez szczury, a dokładnie pchły szczurze – zbierała tu krwawe żniwo, do czego przyczynił się katastrofalny stan sanitarny ówczesnych miast. Zapisane przez Albrychta Radziwiłła przeżycia z połowy XVII wieku, w których stwierdził, że „ktoś mógłby nazwać Ciechanów mieszkaniem (miastem) szczurów”, gdyż niemal wszystkie domy w tym mieście były „zaplugawione”. Te zaniedbania poskutkowały na początku XVIII wieku ogromną śmiertelnością. Miasto, zniszczone przez Szwedów w 1708 r., zostało niedługo potem spustoszone przez dżumę. Jak pisał historyk Stanisław Pazyra, lustratorowie królewscy, którzy przybyli wówczas do Ciechanowa, zastali puste ulice. Od kogoś przypadkowo przechodzącego dowiedzieli się, że zarazę przeżyło tylko kilka osób – reszta mieszkańców zmarła. Ich ciała pogrzebano w zbiorowej mogile w miejscu zwanym „pomorkiem”. Epidemia dżuma dotknęła także Płock, gdzie wybuchła w 1708 r. i trwała przez kolejny rok, powracając okresowo jeszcze w 1710 r. Z tego powodu jezuici zostali zmuszeni do dwukrotnego zawieszenia nauki w tutejszym kolegium. Natomiast sądy miejskie przeniesiono do pobliskiego Bielska, dokąd przewieziono również księgi miejskie (ławnicze). Zaraza zbierała krwawe żniwo także wśród mieszkańców i duchowieństwa Mławy. W 1712 r. zmarł na dżumę miejscowy proboszcz, ks. Andrzej Mączkowski. Osieroconą parafię objęli wówczas księża misjonarze św. Wincentego w Paulo, prowadzący akurat misje w diecezji płockiej. Z miastem związali się na dłużej – ich działalność przerwały dopiero represje carskie po upadku powstania styczniowego (1864). W Pułtusku „morowe powietrze” dziesiątkowało mieszkańców od lata 1708 do września 1709 r. oraz ponownie od września 1710 r. do stycznia 1711 r. Podczas drugiej fali pomór dotknął także bydło i konie. Zarazie towarzyszył głód oraz plaga szarańczy, która zniszczyła uprawy. Jak zauważył kiedyś doktor Krzysztof Wiśniewski, doprowadziło to do aktów desperacji, a szukająca pożywienia biedota miejska okradła kolegium jezuitów. Na katastrofalną sytuację narzekała też szlachta ziemi różańskiej na sejmikach w 1711 r. Wśród głównych przyczyn upadku gospodarczego wymieniano zniszczenia dokonane przez wojska szwedzkie, plagę szarańczy, wylew Narwi oraz zarazę. Skutkiem tego była ogromną drożyzna i załamanie lokalnej gospodarki, odbudowującej się – według ustaleń profesora Radosława Lolo – przez kolejne dziesięciolecia.
Co pozostało z tamtych lat? Gdzie szukać śladów morowej zarazy, która nawiedziła północne Mazowsze trzy wieki temu? Przede wszystkim w nazwach miejscowości – takich jak podciechanowskie Pomorze (dawne „Pomorko”), leżące przy szklaku do Pułtuska. Nazwa ta wywodzi się bezpośrednio od zarazy, czyli pomoru. Drugim trwałym śladem są drewniane karawaki, zwane krzyżami cholerycznymi, takie jak na granicy wsi Pokrytki koło Niedzborza. Pisałem o nich już wcześniej: choć większość z nich pochodzi z XIX i z początku XX wieku, niektóre mogą mieć znacznie starszą metrykę, związaną jeszcze z dżumą z XVIII wieku. Świadectwem dawnych, bolesnych doświadczeń, mogą być także wezwania kościołów i kaplic, poświęconych świętemu Rochowi, głównemu obok świętego Sebastiana, patronowi chroniącemu przed „morowym powietrzem”. Co prawda święty Roch to również patron rolników, ale w mazowieckiej przeszłości często oba te sakralne wymiary zachodziły na siebie. Tym bardziej, że w obliczu zarazy rolnik, mieszczanin, szlachcic czy duchowny stawali się sobie równi – śmierć nie wybierała. I to kolejne bolesne wspomnienie ostatniej na Mazowszu epidemii dżumy.






Komentarze obsługiwane przez CComment