ul. ks. Ściegiennego 2, 06-400 Ciechanów 23 672 44 96 sekretariat@tygodnikciechanowski.pl Pon.-Pt.: 8.00 - 15.00

Język parlamentarny

Język polski sięgnął bruku... Bruku sejmowego. Jesteśmy już przyzwyczajeni, że na sali plenarnej i na komisjach, nie mówiąc już o poselskich mediach społecznościowych, pada coraz więcej słów ostrych, wulgarnych i obraźliwych. Obecnie nazywamy je… parlamentarnymi.

Że takie słowa są używane przez wybrańców narodu, mogliśmy zauważyć już jakieś dwie dekady temu, jeszcze za czasów marszałka Józefa Zycha z PSL-u. On to, zakładając, że mikrofon na pulpicie marszałka w czasie przerwy w obradach jest wyłączony, okraszał w rozmowie kuluarowej swoje wypowiedzi soczystymi przekleństwami, które mogli usłyszeć obecni na sali.
A pamiętacie państwo aferę podsłuchową w restauracji „Sowa i przyjaciele” w Warszawie, w której spotykali się posłowie z różnych partii, biznesmeni i inne osobistości biegle posługujące się językiem polskim? To było 12 lat temu i już wtedy wyróżniał się w gębie niejaki Mateusz Morawiecki. Do kanonu języka polskiego przeszło jego powiedzenie „zap*******ć za miskę ryżu”. Takie teksty pozwoliły mu zrobić wielką karierę w rządzie PiS, ze stanowiskiem premiera włącznie.

Kilka lat temu w tej konkurencji zabłysnął Zbigniew Ziobro, były minister sprawiedliwości z ramienia PiS (obecnie ukrywa się przed sprawiedliwością na Węgrzech). Nazwał on posłów PO fujarami, a premiera swojego rządu (Morawieckiego) określił jako miękiszona. To obrazowe wyzwisko uderzyło twórcę rykoszetem. Kiedy Ziobro notorycznie uchylał się od wezwań na specjalną komisję sejmową ds. Pegasusa poseł Trela zapraszał go publicznie: „Panie Ziobro, niech pan nie będzie miękiszonem, niech pan stawi się na przesłuchanie!”

W 2024 roku, na kolejnej miesięcznicy smoleńskiej prezes PiS Jarosław Kaczyński zabłysnął słowną wiązanką zwracając się do jednej z osób (demonstrujących przeciwko takiej formie obchodów) tymi słowy: „Do kogo ty gówniarzu, per ty mówisz? Zas**ny gn*ju?!”.

Tradycyjnie opozycja walczy na epitety z koalicją rządową (i na odwrót). Ostatnio mamy wysyp debili i zakutych łbów. Zaczął Marek Suski w grudniu ub. roku na posiedzeniu sejmowej komisji, uwaga - Kultury i Dziedzictwa Narodowego: „Ja opuszczam tą komisję. Z debilami pracować nie można, do widzenia, debile”. To wyzwisko poleciało w stronę przewodniczącego komisji oraz posłów rządzącej koalicji. Ale co ciekawe, byli tam też debile z partii pana Suskiego. I nie wyszli razem z panem Suskim.

Niedawno odwdzięczył się posłowi Suskiemu i nie tylko premier Donald Tusk, który w filmiku nazwał opozycję „zakutymi łbami”. A rzecz dotyczyła pożyczki dla Polski na program zbrojeniowy SAFE, której przeciwne jest PiS i Konfederacja.

Tu jedna uwaga. Specjaliści od języka twierdzą, że zarówno „debil”, jak i „zakute łby” nie są określeniami obraźliwymi. Pierwsze oznacza „niedostatki intelektualne”, drugie – „osoby mało inteligentne, tępe”. Czyli dwa słowa na te same dolegliwości. Ale oczywiście oburzenie takimi określeniami wyrazili zarówno koalicyjni posłowie od kultury, jak i opozycyjni od obrony narodowej. Bo nikt z nich nie wyobraża sobie, że mógłby mieć niedostatki, być tępy, lub z zakutym łbem.

Ale parę dni temu z mównicy sejmowej zabłysnął, jednym krótkim słowem na k, poseł KO Artur Łącki. Użył go jako przerywnika, biorąc w obronę osoby prowadzące własną działalność gospodarczą. Powiedział tak: „Przedsiębiorca, wracając do domu o godzinie 17, nie siada z rodziną i nie rozmawia, tylko siada, k***a, do faktur. 

Minister rolnictwa Stefana Krajewskiego (PSL) również na sali sejmowej, kiedy kierował pytania w stronę opozycji, też wzmacniał je określonymi czasownikami: „Jakim łobuzem politycznym trzeba być, by tak mocno wszystko schrzanić, wszystko spie****ć…”

Na konic jedno podsumowujące słówko z ust byłego wicemarszałka sejmu Ryszarda Terleckiego, który znany jest z tego, że się w mowie nie szczypie. Na pytanie dziennikarza tak scharakteryzował postępowanie młodszego kolegi ze swojej partii, Sebastiana Kalety – „Gówniarzeria”.

Komentarze obsługiwane przez CComment