Już niedługo minie pół wieku od pamiętnych porozumień sierpniowych z roku 1980, których podpisanie otworzyło nowy rozdział w powojennych dziejach Polski i zarazem stanowiło ważny krok na drodze do wolności. Wówczas, jako uczeń szkoły podstawowej, pamiętam jedynie, jak wracałem z rodzicami znad morza pociągiem, a za oknem migali mi stoczniowcy siedzący na murze z czerwonej cegły oraz wymalowane białą farbą napisy „strajk”.
Ponieważ o tym wszystkim dyskutowano od wielu dni, nawet chłopcom w moim wieku nie trzeba było wiele tłumaczyć, co tak naprawdę się dzieje. Niezapomniane obrazy i wspomnienia młodości. Przyznam jednak, że na niedawnym zjeździe mojej klasy maturalnej zauważyłem, iż niektórzy o rozmaitych wydarzeniach z tamtych lat, w których przecież sami braliśmy udział, jakby w ogóle nie pamiętali albo pamiętać nie chcieli. Słuchając niektórych koleżanek, odniosłem nawet wrażenie, że dawno wyparły z pamięci to, co niegdyś było dla wielu z naszego pokolenia naprawdę ważne. Nie moją jednak rzeczą oceniać, ale ciągle przypominać.
O reakcjach społecznych na wydarzenia sierpniowe 1980 r., widzianych w świetle szyfrogramów KWMO w Ciechanowie, pisałem już wcześniej. Dziś chciałbym natomiast skupić się na kilku wątkach dotyczących osób związanych z północnym Mazowszem, które wówczas uczestniczyły w tych wydarzeniach lub w różny sposób wyrażały poparcie dla strajkujących. Zacznę od tych drugich – a wśród nich od młodzieży szkół średnich, konkretnie uczniów Liceum Ogólnokształcącego im. Piotra Skargi w Pułtusku. To oni, jak wynika ze wspomnianych szyfrogramów SB, jako pierwsi w województwie najgłośniej pochwalali postawę strajkujących robotników Wybrzeża. Jak meldował do centrali MSW szef ciechanowskiej Służby Bezpieczeństwa: „Młodzież ta z podziwem wypowiada się o odwadze robotników, konsekwencji w działaniu i dobrej organizacji wewnętrznej. Wypowiadający się uważają, że jedyną stroną, która w sposób wiarygodny informuje społeczeństwo o aktualnej sytuacji społeczno-gospodarczej w Polsce, jest opozycja demokratyczna”. Za słowami poszły czyny – ulotki przywożone z Wybrzeża i rozrzucane po mieście, plakaty o Katyniu rozklejane po murach, pierwsze nielegalne spotkania i dyskusje „po świt”.
Rzecz jasna, nie tylko młodzież solidaryzowała się wówczas ze strajkującymi. Przerwy w pracy w rozmaitych zakładach i instytucjach, żądania podwyżek i zmian personalnych, pierwsze spotkania załóg z dyrekcją, rozmaite obietnice i ustępstwa – sytuacja wydawała się trudna do przewidzenia. Nawet w tak niewielkim, typowo rolniczym województwie ciechanowskim, działo się wówczas sporo. A cóż dopiero w Płocku, ówczesnej przemysłowej stolicy północnego Mazowsza? Jak wspominał ówczesny wikariusz parafii św. Jana Chrzciciela w Płocku, ks. Tadeusz Łebkowski: „Gdy trwał strajk w Gdańsku i w innych miastach Polski, także w płockich zakładach organizowano spotkania i wiece. Po jednym z takich spotkań w płockiej petrochemii pojechałem wraz z delegacją do Gdańska. Pojechaliśmy nocą na Wybrzeże, żeby zawieźć oświadczenia poparcia i solidarności ludzi pracy z Płocka ze strajkującymi w Trójmieście. Ten wyjazd był dla mnie przełomem. Potem lawinowo potoczyły się spotkania, zgromadzenia, uroczystości, w których obecność duchownego była czymś bardzo naturalnym”.
A rozmowy strajkujących z delegacją rządową w słynnej Sali BHP Stoczni Gdańskiej im. Lenina, które doprowadziły do podpisania porozumień sierpniowych? Po jednej stronie stołu zasiadał Międzyzakładowy Komitet Strajkowy z Lechem Wałęsą na czele, a wraz z nim grupa doradców – Komisja Ekspertów przy MKS w Gdańsku. Przewodniczył jej nie kto inny, jak Tadeusz Mazowiecki. Urodzony w Płocku w 1927 r., absolwent płockiej Małachowianki, związany później ze Stowarzyszeniem PAX i warszawskim Klubem Inteligencji Katolickiej, poseł na Sejm z ramienia katolickiej grupy Znak, wreszcie w sierpniu 1980 r. sygnatariusz słynnego „Apelu 64” skierowanego przez naukowców, literatów i publicystów do władz PRL, domagających się od rządu nawiązania dialogu ze strajkującymi robotnikami. To właśnie z kopią tego apelu, 22 sierpnia 1980 r., przybył – wraz z Bronisławem Geremkiem – do Stoczni Gdańskiej. I tak zaczęła się jego droga do fotela premiera, w którym zasiadł dziesięć lat później, w sierpniu 1990 r.
Po drugiej stronie stołu obrad delegacja rządowa, a na jej czele wicepremier Mieczysław Jagielski. Związany rodzinnie z ziemią ciechanowską, absolwent Krasiniaka, był jedną z najbardziej wpływowych postaci ówczesnego rządu i KC PZPR. Wychowany na północnym Mazowszu, podobnie jak Tadeusz Mazowiecki, wyczuwał powagę chwili i przez długie lata żył wspomnieniami sierpnia 1980 r. Jak pisał: „Gdy jechałem do Gdańska, nikt nie powiedział, jaki jest zakres moich kompetencji. Usłyszałem tylko: «Jedź i zażegnaj konflikt społeczny. I to jak najszybciej, bo sytuacja jest bardzo poważna»”. Dziś wiemy, między innymi z dokumentacji zachowanej w Archiwum IPN, że sytuacja była wówczas wyjątkowo napięta, a momentami wręcz krytyczna. Nieprzypadkowo zresztą Mieczysław Rakowski pisał w swoich pamiętnikach o Mieczysławie Jagielskim: „Mietek wciąż powraca do pamiętnego dnia i w szczegółach opowiada, jak przebiegały rozmowy. Słyszę już nie pierwszy raz, jak go niechętnie przyjęto, a gdy zbliżano się do podpisania porozumienia, traktowano go z szacunkiem i powszechnie chwalono. Jest bardzo zadowolony ze swojej działalności w tamtych dniach. Mietek lubi się chwalić, ale w tym przypadku jego dobre samopoczucie jest uzasadnione. Kto wie, jak potoczyłaby się sprawa, gdyby na jego miejscu był ktoś mniej elastyczny, słowem – jakiś młot. Przecież sytuacja rozwijała się w bardzo niebezpiecznym kierunku. Decydowały godziny”.
Mieczysław Jagielski i Tadeusz Mazowiecki to bez wątpienia dwie spośród pierwszoplanowych postaci rozmów sierpniowych 1980 r. Ich mazurski (mazowiecki) temperament, wyczucie chwili i poczucie własnej roli w momencie przełomu były wówczas wyjątkowo ważne. Jeden był już wtedy premierem (a właściwie wicepremierem), drugi został nim dziesięć lat później – ale obaj do końca swoich dni przyznawali się do rodzinnej ziemi. Poza nimi jednak to, co działo się wówczas w kraju, było też doświadczeniem całego pokolenia i wielkim wyzwaniem chwili. Może zatem nieco inna, lecz równie ważna i – jak to się mówi – „na czasie” rola przypadła innym, mniej znanym, mieszkańcom północnego Mazowsza. A wśród nich – młodzieży z Liceum Piotra Skargi w Pułtusku, pracownikom zakładów z Ciechanowa, Mławy, Pułtuska, Płońska, Działdowa i Żuromina, ale również tym z płockiej Petrochemii i Fabryki Maszyn Żniwnych w Płocku, czy owym „młodym gniewnym”, którzy, jak ksiądz Łebkowski wraz z dwoma przedstawicielami zbuntowanej załogi Petrochemii, jechali pod osłoną nocy do Gdańska, by zawieźć strajkującym stoczniowcom słowa wsparcia „braci robotniczej” z Mazowsza. Tak rodziła się Solidarność – ta związkowa, ale i ta ważniejsza, narodowa. Ile z niej dziś zostało?






Komentarze obsługiwane przez CComment