W atmosferze rocznicowych obchodów powstania warszawskiego, którymi żyje „nieurlopowa” Polska, a zarazem kontynuując tematykę podjętą w ostatnim felietonie, chciałem dziś wrócić do powstańczych przeżyć wybitnej Płocczanki, Miry Zimińskiej-Sygietyńskiej.
Jak wspomniałem przed tygodniem wkrótce po wybuchu powstania trafiła ona do grupy artystów występujących pod auspicjami Referatu Teatralnego Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK, czyli do popularnego Teatru Frontowego, którym kierował Józef Wyszomirski ps. „Albin”. Występował w nim między innymi Mieczysław Fogg ps. „Ptaszek”, Irena Kwiatkowska ps. „Baśka”, czy znany polski pianista i wydawca dzieł Chopina, Jan Ekier ps. „Janosik”, mąż aktorki Danuty Szaflarskiej, którego najpopularniejszym utworem koncertowym w powstańczej Warszawie była słynna „Etiuda rewolucyjna”, zagrzewająca do walki młodych powstańców.
Jak wspomina Mira Zimińska: „Wybuchło powstanie. (…) Od razu założono coś w rodzaju powstańczego biura koncertowego. Powiedzieli nam, artystom, że mamy krzewić. Co krzewić? Wszystko, co może podnieść na duchu”. Na łamach powstańczego „Biuletynu Informacyjnego” z 3 sierpnia 1944 r. ukazała się krótka notka zatytułowana „Zimińska śpiewa piosenki partyzanckie”, w której pisano: „Na barykadach powstańczych zjawia się gość niezwykły witany przez naszych chłopców z entuzjazmem. To popularna pieśniarka Mira Zimińska przybywa z repertuarem znakomitych piosenek partyzanckich, do których melodie nierzadko komponowane są przez Tadeusza Sygietyńskiego. Para Zimińska – Sygietyński nauczyła już niejednego naszego gazeciarza w czasie okupacji dowcipnych piosenek, których melodie rozbrzmiewały w naszych tramwajach, kolejkach dojazdowych, tuż pod bokiem gestapowców. Teraz nieoceniona Mira rozwesela walczących swymi pełnymi humoru piosenkami”. I rzeczywiście artystka przygotowała szybko kilka piosenek i wyruszyła na ulice walczącej stolicy. Jak wspomina śpiewała w różnych miejscach i w różnych warunkach. Spośród wielu występów i towarzyszących im wydarzenia kilka na długo utkwiły jej w pamięci. Trzy z nich dobrze oddają klimat tamtych dni, a każde z nich to oddzielna powstańcza historia.
Strzepnęła tynk i śpiewała dalej
Jeden z zapamiętanych przez artystkę występów odbył się na auli Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej przy Koszykowej. Olbrzymi gmach, sala nabita po brzegi, na scenie Irena Dubiska, Jan Ekiert oraz Mira Zimińska wraz z nieodłącznym Tadeuszem Sygietyńskim przy fortepianie. Kiedy Mira rozpoczęła swoją ulubioną piosenkę „Moja Ojczyzna”, do słów Andrzeja Nowickiego, nagle przez okno od strony Koszykowej padł strzał. Jakiś niemiecki snajper próbował ją postrzelić, ale chybił i kula trafiła w ścianę nad fortepianem, przy którym siedział Tadeusz Sygietyński. Jak wspomina nasza gwiazda: „Osypało mnie tynkiem. Ładnie ten tynk strzepnęłam, przesunęłam się nieco i śpiewałam dalej”. Sala na chwilę zamarła, a potem oszalała ze szczęścia.
Podobne wydarzenie w tym samym miejscu relacjonował aktor Jan Ciecierski, którego występ – recytację wiersza Aleksandra Maliszewskiego o młodym podchorążym spod Monte Cassino – poprzedzała „Etiuda rewolucyjna” Chopina w mistrzowskich wykonaniu Jana Ekierta. Podczas koncertu przez otwarte okno wpadła kula karabinowa i odbiwszy się o framugę okienną upadła na fortepian. Mistrz Ekiert nawet nie drgnął, dalej grał Chopina, a gdy zakończył, nagradzany owacjami na stojąco, schował kulę do kieszeni i jakby nigdy nic oddalił się, ustępując miejsca Janowi Ciecierskiemu. Tego samego dnia występowała na tej samej scenie Mira Zimińska, a po niej Mieczysław Fogg, ale tym razem śpiewał on bez akompaniamentu swego akordeonisty.
Usunięcie gałki ocznej bez znieczulenia
Inna historia opowiedziana przez Mirę Zimińską związana była z jej służbą w szpitalu polowym na Polnej, gdzie doktor Lewicki – być może chodzi tu o doktora Zbigniewa Lewickiego, bądź innego lekarza o pseudonimie „Lewicki” – wysyłał ją do ciężko rannych z „pocieszeniem”, jako jedną z najweselszych znanych twarzy przedwojennej Warszawy. A że rannych każdego dnia przybywało, więc aktorka nie mogła skarżyć się na nudę. Pewnego dnia doktor Lewicki mówi do Miry: „Był wybuch, jednemu wgniotło oko. Trzeba mu je wyjąć. Bez znieczulenia, bo nie mamy. On powiedział, że da sobie wyjąć, jeśli Zimińska będzie przy nim”. I co? Oczywiście, że dał sobie oko wyjąć, a nasza gwiazda, przedmiot pożądań wielu młodych bohaterów tamtego pokolenia, cały czas trzymała go za rękę i coś mu mówiła. Podobno był bardzo, bardzo mężny.
Koncert z okrzykami zamiast braw
Wraz z walkami powstańczymi przybywało w stolicy rannych, a polowe szpitale powoli zapełniały się po brzegi. Młodzi ludzie z zabandażowanymi twarzami, poparzonymi rękami, niekiedy po amputacji kończyn, jak mumie, cali w bandażach, leżący na łóżkach i na noszach. Wielu z nich znajdowało się na sali gimnastycznej jakiegoś budynku – jak zapamiętała Mira Zimińska – przy jednej z ulic na prawo od dworca przy Marszałkowskiej. Mnóstwo rannych, same „białe kukły”. Piosenkarka śpiewała im coś wesołego, ale oni nie mogli bić braw, bo mieli obandażowane ręce. Dlatego śmiali się i krzyczeli na cały głos: „Mira, brawo! Brawo!”, a obecny tam lekarz i sanitariuszki bili brawa za nich. Jedyny i w swoim rodzaju niepowtarzalny występ gwiazdy rodem z północnego Mazowsza.
Zapewne i inne występy Miry Zimińskiej pozostawały na długo w pamięci ich uczestników. Jeden z uczetstniczących w nich powstańców, po wojnie profesor historii literatury polskiej na Uniwersytecie Warszawskim, Zdzisław Libera, wówczas trzydziestoletni żołnierz Armii Krajowej ps. „Zdzisław”, w swoich „Kartkach z powstania warszawskiego” tak wspominał swoje przeżycia: „Pani Mira brała udział w koncertach dla żołnierzy organizowanych przez władze powstańcze. Występowała często nie licząc się z niebezpieczeństwami, jakie groziły artystom, ponieważ koncerty nierzadko odbywały się w pobliżu terenu walki. (…) W ostatnich tygodniach powstania przygotowywałem raporty codzienne kompanii, w której służyłem. W tych smutnych, a często dramatycznych dniach, kiedy to każdy z nas ocierał się o śmierć, bywały także chwile pogodniejsze, które wspominam dzisiaj ze wzruszeniem. (…) Spotkanie z Mirą Zimińską stanowiło dla mnie przeżycie, które głęboko zapadło w mojej pamięci. Należałem bowiem, jak wielu młodych ludzi mojego pokolenia, do wielbicieli Jej wybitnej sztuki aktorskiej i podziwiałem Jej talent artystyczny. Nie przypuszczałem, że dane mi będzie poznać Ją osobiście i w dodatku w tak niezwykłych okolicznościach. Żołnierze powstania, zarówno oficerowie, jak też zwykli szeregowi, doznawali od Pani Miry i Tadeusza wiele serdeczności i konkretnej pomocy”.
Aktorka szczęśliwie powstanie przeżyła. Kilka, a może kilkanaście – jak wspomina – dni entuzjazmu i nadziei, a potem… Była świadkiem śmierci wielu młodych ludzi, również swoich znajomych i przyjaciół. Mimo silnego charakteru, różnych życiowych przejść, aktorskiej maski wesołości, miała chwile załamania i była u kresu wytrzymałości. Chciała nawet zostać w ruinach Warszawy razem z poległymi, którzy pozostali w ziemi i pod gruzami. Ale trzeba było wyjść. A właśnie to wyjście – jak wyznała – było najstraszniejsze. Potem był obóz w Pruszkowie, Tworki, Tarczyn, Lublin, Łódź, na krótko znowu Warszawa, i wreszcie Karolin, i największe dzieło życia jej i Tadeusza Sygietyńskiego – Zespół Mazowsze.






Komentarze obsługiwane przez CComment