Zaprawdę powiadam wam, najjaśniejsza jest Rzeczpospolita. Tudzież bursztynowy świerzop i gryka jako śnieg biała i tudzież panieńskim rumieńcem dzięcielina pała, czymkolwiek ci ona. Tudzież kruszynę chleba ze ziemi podnoszą i tudzież bagnet na broń i nie będzie Germanin pluł nam we lico. I niechaj narodowie wżdy postronni znają, iże jako zdrowie ci ona i nikt się nie dowie. Zaprawdę, zacnie jest żywot swój nade Wisłą wieść przeze rok pański cały. Aże do wakacyj.
Sarmata jednej wszak troski zawżdy letnią porą uświadczy – gdzieżby wojaż nie uczynił, coby spokoju zażyć, zawżdy jakoby do boju o przetrwanie się sposobił. Kiedy ku bałtyckim odmętom się uda, coby przeze minut mendel jako ciul we zimnej wodzie postać, wichurom tudzież czoła stawić musi, hipotermyi niechybnej, parawanów labiryntowi jakoby Minotaur, i ze mytem grozy papirusom. Kiedy ku tatrzańskim wierchom podróż wybierze, coby na Gubałówki szczyt niezdobyty we trudzie i znoju się wspiąć, na trakcie jego niedźwiedź chciwy, mustang umęczony, szlak coraz to dłuższy się zdaje, brzuch ode góralskiego miodu większy, a we sakwie posucha. Kiedy zaś ku krainie jezior tysiąca… Zaprawdę, spojrzeć raczmy we ślepia prawdzie. Większe to stawy jeno. Cóż tedy sarmata czynić ma wakacyjną porą?
Ano za miedzę wojaż uczynić.
A dajże waćpan spokój, bywał ja w NRD onegdaj i takoż tamże, jakoż i tudzież. Zresztą czegóż mi u Germanów szukać, jeszcze mnie do lochu wtrącą, rzecze pewno jeden z drugiem.
Ano, lochy tamże zacne. Była byż pamiątka, że hej. Jeno nie jeno germańska kraina do odkrycia, albowiem łez ów padół cudów i dziwów pełen.
Ależ mocium panie, może i kształcą wojaże, jeno we sakwie posucha, mowy tubylczej nie znam, zgubić się raczę, zarazy jakowejś dostąpię, okraść mnie raczą, ubiją, a poza tem pode niebiosa wznieść się trwoga.
Zaprawdę powiadam wam, jeśliś we zakopiańskiem grodzie ciupaską machał, li na bałtyckiej plaży rajskiej słońca tropikalnego zażywał, tedy stać cię. Sarmata ze każdem się dogada, jako się zgubi, tako się znajdzie, zaraz tyle my przeżyli, że żadna nam niestraszna, okraść nie ma ze czego, a ubić to my możem. A kiedy ponad poziomy wzlatać trwoga, znieczulić się przede lotem trzeba.
Zaprawdę, żywot człeka krótki jako przyrodzenie. Przygody nam trzeba. Plaż jako śnieg białych pode kokosami i wody jako turkus. Ruin starożytnych, zamków, lochów, izb i przejść tajemnych. Puszcz nieprzebytych, ludów tubylczych, zwierza przedziwnego. Jadła inszego, tańców, hulanek i swawoli nowych, doznań i ekscytacyj świeżych. Li to helleńskie, italskie, li iberyjskie ziemie, li afrykańskie pustynie, puszcze i sawanny, li orientalne dzikie krainy, li to jankeskie prerie i wspaniałe grody. Obaczyć możem, czegóż dusza i ciało zapragnie, powiadam wam.
We grodzie, co na siedmiu wzgórzach się piętrzy, placka ze keczupem spożyć możem, frankom uroki schabowego zachwalać, osmańskim kupcom wihajster jakowyś wcisnąć, na rajskich plażach parawany poustawiać, pode piramidami wielbłąda do orki zaprząc, we kitajskiej krainie pandzie kung-fu ze łba wybić, li jankesom kulturalnie wytłumaczyć, iże kopana to piłka, nie soker jakowyś.
I tedy na powrót powrócić możem do krainy owej, gdzie bursztynowy świerzop.
I tedy na powrót obaczyć, iże najjaśniejsza jest Rzeczpospolita.






Komentarze obsługiwane przez CComment