Środa 12 sierpnia 2026 r. przez wielu mieszkańców nie tylko Mazowsza zostanie zapamiętana jako dzień zaćmienia słońca. No cóż, dziwić się nie można, skoro po raz ostatni podobne zjawisko mogliśmy obserwować w Polsce 27 lat temu, kiedy wielu z dzisiejszych obserwatorów na świecie nie było, a jeszcze więcej osób, które wtedy były z nami, dziś jest już w zaświatach.
Osobiście dane mi było oba te zjawiska oglądać w małej nadmorskiej miejscowości, Rowach, leżących między Ustką a Łebą, gdzie od 1945 r. mieszkali moi dziadkowie ze strony matki, repatriowani z Nowogródka, a po nich jeden z moich braci. Sierpniowe niebo i bezkresny nadmorski horyzont, zarówno ten z roku 1999, jak i tegoroczny, dają wyjątkowe możliwości do obserwacji tego rodzaju zjawisk. Nic więc dziwnego, że promenada na dawnej „plaży strzeżonej” (w odróżnieniu od „plaży dzikiej”, nazywanej tak od lat siedemdziesiątych), dosłownie pękała w szwach. Rodziny z dziećmi, seniorzy, młodzież z nieodłącznymi komórkami, dzieci kolonijne, panie z Rodziny Radia Maryja ze „Scali”, które swego czasu ganiały naturystów na plaży, znajomi z ośrodka wypoczynkowego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, fotoreporterzy z profesjonalnym sprzętem na statywach, Polacy, Ukraińcy, Niemcy, Czesi, kilku poznanych w słupskiej dyskotece Kolumbijczyków, których zabraliśmy na wycieczkę do Rowów, żeby wreszcie zobaczyli polskie morze i poznali naszą gościnność. Tłumy ludzi stały również na falochronie prowadzącym do portu, a także na plażach po obu stronach kanału portowego, czyli ujścia Łupawy do Bałtyku. Spokojne morze, świetna widoczność, również w momencie kulminacyjnym zaćmienia, który nastąpił tu o godzinie 20.03, i tylko sam zachód słońca, pół godziny później, był widoczny jedynie zza chmur, co nadawało temu zjawisku wyjątkowej malowniczości. Kto lubi polski Bałtyk, ten dobrze wie, o czym piszę.
Ale czas wrócić na rodzinne Mazowsza, gdzie podobne zjawiska były notowane już od średniowiecza. Ponieważ większość z nich widoczna była również w innych częściach Polski, więc zachowało się o nich sporo zapisów kronikarskich. Jedno z nich, które zaskoczyło – jak czytamy u Jana Długosza – samego króla Władysława Jagiełłę miało miejsce w piątek w oktawie Bożego Ciała, czyli 7 czerwca 1415 r. Monarcha wraz ze swoim dworem był wtedy w drodze na Litwę. Zaskoczony tak niecodziennym i nieznanym mu zjawiskiem najpierw wpadł w wielkie zdumienie, a potem w bojaźń. Jako bowiem zanotował kronikarz, nawet „ptaki nagłą ciemnością przestraszone osiadły na ziemi, a gwiazdy świeciły jak w nocy”. Król zmuszony był więc zatrzymać się i ruszył naprzód dopiero jak zaćmienie minęło. O innym, pierścieniowym zaćmieniu słońca widocznym na Mazowszu, a także w całym pasie od Wrocławia po Gdańsk, czytamy w zapiskach kronikarskich z 1 października 1502 r. Do historii przeszło jednak jeszcze inne zaćmienie słońca, tym razem całkowite, które miało miejsce 28 lipca 1851 r. Pisała o nim cała prasa, a pionier polskiej fotografii, Karol Adolf Beyer, dokonał w Warszawie jego utrwalenia na dagerotypach, czyli zdjęciach na metalowych płytkach. Niestety, nie przetrwały one do naszych czasów. Zachowały się natomiast doniesienia prasowe, między innymi z „Gazety Warszawskiej”, która opisywała jak to „chwilowo zagasła jasność słońca”, a z „wszystkich ust ku niebu wzniesionych (…) wybiegł jeden wielki okrzyk «Jest»”. Było to wyjątkowe przeżycie, ale bojaźń przed nim, mimo postępu nauki, była nie mniejsza niż w czasach Władysława Jagiełły, o czym świadczy doniesienie „Dziennika Warszawskiego” na temat krążących wśród Mazowszan plotek, że zapowiadanego dnia „słońce nie zaświeci tylko zagaśnie na zawsze, a my będziemy na wieczne ciemności skazani”.
Dla historii północnego Mazowsza najbardziej chyba pamiętne było zaćmienie słońca, które obserwował Bolesław Prus, i później opisał je w swojej powieści „Faraon”, przeniesioną na ekran kinowy przez Jerzego Kawalerowicza. Miejscem, w którym młody pisarz obserwował to zjawisko, była Wólka Mławska, gdzie młody pisarz spędził noc oraz poranek z 18 na 19 sierpnia 1887 r., o czym już kiedyś pisałem na łamach TC. Aż trudno uwierzyć, że dla trwającego półtorej minuty zaćmienia słońca do prowincjonalnej Mławy zjechało wtedy ponad pół tysiąca zapaleńców. Pociąg Kolei Nadwiślańskiej, który wyruszył z Warszawy 18 sierpnia 1887 r., punktualnie o godz. 19.00, ledwie pomieścił pasażerów, a wśród nich Bolesława Prusa, który na łamach „Kuriera Codziennego” pisał: „Kogo spotkam, każdy wybiera się do Mławy (…) cała Warszawa jedzie do Mławy”. Oczywiście to wielkie zainteresowanie było poprzedzone kilkutygodniowymi anonsami ukazującymi się na łamach prasy warszawskiej i krajowej, które nie tylko zapowiadały nadejście niecodziennego zjawiska, ale również informowały, że będzie ono szczególnie dobrze widoczne w tej właśnie części Mazowsza.
Po przybyciu przed północą do stacji granicznej w Wólce Mławskiej Bolesław Prus, wraz z towarzyszącymi mu inżynierem Emilem Sokalem, redaktorem Władysławem Bogusławskim oraz niejakim panem Węglińskim, udał się do sali restauracyjnej na mławskim dworcu, ku pokrzepieniu serca i żołądka, a następnie na krótki nocleg w służbowym pokoju naczelnika stacji. Jednak na sen tej nocy czasu nie było. O godzinie wpół do piątej rano wszyscy byli już na nogach. Tłum ciekawskich ruszył na pobliskie wzniesienia pod mławskim lasem. Wśród nich również Prus, który o samym momencie zaćmienia słońca tak pisał: „Już nie widzę sekundnika na zegarku, ręce dygoczą jakbym komu wygrażał. Zapalam jedną zapałkę, drugą. Daję za wygraną sekundom, minutom, barwom, wszystko leci mi z rąk, nie wiem na co pierwej popatrzeć. Cały horyzont od bliskich piasków do zenitu napełnia jakiś sinawy mrok (…). Na południowym horyzoncie, tuż przy ziemi ciągnie się długi na łokieć pas światła barwy żółtawo-rudej przysypanej sadzą. (…) Nagle zniknęła sina ciemność z widnokręgu i ów czarny delikatny pył z zachodnich obłoczków, które wnet zbielały... Już po zaćmieniu całkowitym!”. Opisany moment zaćmienia wywarł na pisarzu ogromne wrażenie. Za kilka lat opis tego zjawiska przeniósł na karty powieści „Faraon”, ukończonej w 1895 r. Dzięki temu na trwałe połączył historię kraju faraonów z własnymi przeżyciami z północnego Mazowsza. Natomiast w felietonie opublikowanym w „Kurierze Codziennym” 21 sierpnia 1887 r. wyznał: „Wy ludzie dobrzy nie sądźcie, że zupełne zaćmienie słońca, nawet przy dniu pochmurnym, należy do tuzinkowych zjawisk. Ja także je widziałem w biednej Mławie przy chmurach, a owe półtorej minuty, przez które trwało uważam za najszczęśliwszą chwilę w moim życiu”.
Dodajmy, że to samo zaćmienie obserwował na naszej ziemi również inny polski pisarz, młody Stefan Żeromski, który przebywał wówczas w pobliskim Szulmierzu koło Ciechanowa. Natomiast znany astronom z Płońska, doktor Jan Jędrzejewicz, obserwował je za pomocą trzech lunet umieszczonych w Wilnie, i opisał później na łamach tygodnika „Wszechświat” (nr 36/1887). Niestety, tak jak Prus, miał pecha, gdyż dokładnej obserwacji przeszkodziło zachmurzenie nieba. Stąd – jak pisał – tylko dwie ekspedycje urządzone tego dnia, zakończyły się względnym przynajmniej powodzeniem, a mianowicie w Petrowsku leżącym w guberni jarosławskiej oraz w Krasnojarsku na Syberii. Dla nas jednak najbliższe sercu pozostanie to zaćmienie spod Mławy, które stało się „najszczęśliwszą chwilą w życiu” Bolesława Prusa i twórczym zaczynem scen z „Faraona”.






Komentarze obsługiwane przez CComment