Ujął mnie (satyrycznie) prezydent Nawrocki gdy wydał deklarację, której esencja sprowadza się do dwóch punktów. Po pierwsze, Maciej Berek nie jest sędzią Trybunału Konstytucyjnego bo nie złożył ślubowania wobec prezydenta, po drugie, trzeba bronić Trybunału w obecnym kształcie, bo nie może on być złożony z polityków i to w dodatku jednej partii.
To przypomniało mi nawoływanie Jarosława Kaczyńskiego w czasie kampanii prezydenckiej, aby nie pozwolić Trzaskowskiemu wygrać bo wtedy rzekomo Tusk "domknie system". A system już został praktycznie "domknięty" w ośmioletnim okresie rządów "Zjednoczonej Prawicy" (jakkolwiek łatwo rozpadła się ona po wyborach), wiele instytucji zostało "zabetonowanych, często przez decyzje podjęte tuż przed wyborami w październiku 2023 roku (np. decyzja odnośnie prokuratora krajowego, którego bez zgody prezydenta nie można było odwołać). Złodziej tutaj krzyczy -łapaj złodzieja!
Takoż i z Trybunałem, osaczonym przez bojówki Bąkiewicza, Sakiewicza, Macierewicza, prawicowe, spędy, w desperackim zamiarze cofnięcia demokracji i praworządności, mogące niechybnie prowadzić do wojny domowej (prezydent chce się odwołać do "siły narodu"). Przecież do niedawna prawie wszyscy sędziowie TK to byli właśnie politycy jednej formacji (włącznie z obecnym prezesem Święczkowskim) i wszyscy z nadania PiS. Z wdzięczności za takie wyniesienie zawodowe orzekali pod sznurek pociągany na Nowogrodzkiej. Albo nie orzekali, gdy mieli takie zlecenie od szefa partii. W tym roku Sejm, organ uprawniony do tego przez Konstytucję RP, wybrał nowych prawników na sędziów TK, aby przywrócić normalność i praworządność w Trybunale, aby sprawy były rozpatrywane w interesie obywateli, a nie tylko jednej prawicowej partii. Wybór został dokonany, zgodnie ze wszystkimi wymogami formalnymi, po wygaśnięciu kadencji poprzednich sędziów. Wydawałoby się, że polski prezydent, któremu na sercu leży dobrostan Polaków oraz ogólny pokój społeczny, powinien temu przyklasnąć.
Tym bardziej, że prezydent Nawrocki nie jest w stanie przedstawić argumentów prawnych, pozwalających mu zakwestionować wybór. Nie ma takich prerogatyw. Przyznał to prezydent Lech Kaczyński, który w jednym przypadku (w 2007 roku), zwlekał z odebraniem ślubowania od sędzi Lidii Bagińskiej, miał jakieś wątpliwości, jednak ostatecznie zaprosił ją na ślubowanie, bo nie mógł - jak sam powiedział, po prostu inaczej. Ani Konstytucja, ani ustawa na to nie pozwalają. Potwierdziła to także Komisja Wenecka, najwyższy autorytet prawny, działający przy Radzie Europy. Kiedyś o jej opinie prosił także rząd PiS.
Takie uregulowanie jest słuszne, ponieważ prezydent jest władzą wykonawczą i nie może ingerować w zakres kompetencyjny organu takiego jak Sejm, który jest władzą ustawodawczą, ani takiego jak Trybunał, który jest władzą sądowniczą. Gdyby było inaczej, prezydent mógłby utrącić każdego sędziego z powodów personalnych lub politycznych, miałby władzę królewską. Tego nie może zrobić nawet prezydent USA ( w systemie prezydenckim), bo wprawdzie nominuje on kandydatów na sędziów do Sądu Najwyższego (w USA nie ma osobnego trybunału do rozpatrywania konstytucyjności prawa, wszystkie te funkcje są w SN), to jednak ostatecznie Kongres (czyli parlament) sprawdza kwalifikacje tych kandydatów i zatwierdza ich (albo nie). Prezydent nie ma prawa odwołać sędziów, są nieusuwalni.
W Polsce, jak się zdaje, można ich bezkarnie obrażać, a nawet trzymać w korytarzu, grozić im jak to czyni Grzegorz Braun, prezydent nie reaguje ( w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" prezydent dowartościowuje Brauna, traktując go jako ewentualnego, przyszłego członka rządu). Poseł PiS Mariusz Błaszczak w jednej z wypowiedzi porównał wybór ośmiu sędziów, dokonany przez obecny Sejm do wyboru Hitlera przez Niemców. Mam nadzieję, że Błaszczak przeprosi. Można bowiem krytykować poszczególnych sędziów (sam odniosłem się krytycznie na tych łamach do wyboru Macieja Berka na sędziego TK), jednak paranoiczne wypowiedzi polityków bez klasy i umiarkowania, nie mogą przejść bezkarnie. Tym bardziej, że nagłaśniane w prawicowej prasie, dezinformują opinię publiczną. Ludzie są okłamywani, przekonywani do omnipotencji prezydenta a ten, zadowolony, chętnie ich w tym utwierdza, mając na względzie szybkie poszerzenie władzy, wbrew konstytucji. Tymczasem Konstytucja RP w art. 126 wyraźnie stwierdza: "Prezydent Rzeczypospolitej czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji...",(ma być jej "strażnikiem"), na taką przysięgał i takiej winien bronić. Prezydent Nawrocki w dniu 3 maja br. powołał osobny zespół mający za zadanie... zmienić konstytucję. To może zrobić jedynie parlament jeśli istnieje pilna potrzeba i jeśli opowie się za tym kwalifikowana większość deputowanych (dwie trzecie głosów).
Obecny prezes TK Bogdan Święczkowski odwołuje się do prezydenta, czym zaświadcza że nie jest niezależny, bo konstytucja wyraźnie rozgranicza władzę sądowniczą i wykonawczą. Prezydent nie jest szefem Święczkowskiego, raczej przeciwnie, gdy zaistnieje spór co do kompetencji poszczególnych organów to właśnie Trybunał powinien być władny wyznaczyć prezydentowi "odpowiednie miejsce w szeregu" bo chociaż z jednej strony prezydent ma być przysłowiową "głową państwa", to jednak z drugiej strony, w sensie proceduralnym jest "tylko" najwyższym urzędnikiem w państwie. A nikt w tym państwie nie może być ponad prawem, każdy organ państwa ma działać "na podstawie i w granicach prawa" (art.8 Konstytucji RP).
Obecnie Trybunał praktycznie nie działa. Nie jest w stanie wykonywać swych zadań, zaległości (setki spraw) się piętrzą, autorytet organu rozpłynął się w sporach. Prezydent walnie się do tego stanu rzeczy przyczynił, albowiem całkowicie arbitralnie spośród ośmiu sędziów wybrał sobie trzech i tylko od nich odebrał ślubowanie. Jest tylko jeden znany mi konstytucjonalista (Ryszard Piotrowski), który opowiada się za prezydentem (i to tylko, jak się wydaje, w odniesieniu do sędziego Berka). Ale to jest profesor, który wielokrotnie zmieniał swoją interpretację prawa. Jeszcze w 2016 roku uważał, że prezydent nie może odmówić ślubowania w żadnym przypadku, w tym roku zmienił zdanie...Jeszcze dekadę temu wszyscy uczestnicy życia politycznego w Polsce zgadzali się z wyrokiem TK z dnia 3 grudnia 2015 r. Sentencja tego wyroku była taka, że prezydent ma wyraźny obowiązek przyjąć ślubowanie od prawidłowo wybranego sędziego (czyli wybranego przez Sejm). I to "niezwłocznie".
Spór o Trybunał rozognił konflikty polityczne w Polsce. W tej chwili nie widać rozwiązania, które zadowoliłoby wszystkich. W takich chwilach, prezydent, gdyby czuł się odpowiedzialny za wspólnotę, winien działać jako mądry mediator i dążyć do kompromisu. Powinien zaproponować jakiś kompromis. Obowiązuje przecież inny etos niż w boksie, gdzie zwycięzca chce znokautować przeciwnika. Tutaj nokautu nie będzie. Nawrocki, gdyby działał z klasą historyka a nie boksera, pamiętałby, jak się ten spór zaczął (w 2016 roku, gdy PiS wprowadził sędziów - dublerów do TK) i chciałby zapewnić teraz względną równowagę. Ale Karol Nawrocki nie ma klasy.





Komentarze obsługiwane przez CComment