ul. ks. Ściegiennego 2, 06-400 Ciechanów 23 672 44 96 sekretariat@tygodnikciechanowski.pl Pon.-Pt.: 8.00 - 15.00

Łuk triumfalny nad światem

Rok już odchodzi do historii i wielu próbuje go podsumować. Mam też, niestety, takie niecne skłonności. O ile jednak rekapitulacja wydarzeń w moim prywatnym życiu nie nastręcza problemów, o tyle ogarnięcie szerszych zjawisk, wykraczających poza osobisty horyzont, wydaje się gargantuicznym zadaniem.

Jest to paradoksalne, bo jestem w dojrzałym wieku. Wielu moich przyjaciół, także z tej redakcji, nie ma już na świecie, inni zaś wyrzekają na swój nieszczęsny los, ja natomiast czuję się szczęśliwszy niż kiedykolwiek, potrafię cieszyć się byle czym. Każda chwila przynosi mi lepsze czy gorsze doświadczenia, które sobie cenię. Moim filmowym bohaterem jest nieustannie Grek Zorba, tańczący nawet na pogrzebie, a literackim Colas Breugnon, z powieści Romain Rolanda pod tym samym tytułem. Wieśniak wiecznie szczęśliwy, choć biedny. Dziś już niezupełnie zgodziłbym się z każdą jego maksymą, ale postawę wobec życia popieram. Na przykład: popić przed pracą, popić po pracy - piękne życie. No nie, to już nie te lata. Chyba że wodę przegotowaną... 

Trudniej mi idzie z oceną polskich dokonań. Bo generalnie widzę je pozytywnie, cieszę się nimi. Kraj nasz jest niepodległy, wolny, demokratyczny, z nieźle rozwijającą się gospodarką, wchodzącą właśnie do grona dwudziestu największych gospodarek świata (G-20). Pieniądze płyną z Unii w ramach KPO na setki nowych projektów i inwestycji. Grube miliardy. Zarabiamy także przeciętnie niezgorzej, w listopadzie według GUS-u, już ponad 9 tysięcy miesięcznie. Przy dość niedużej inflacji i małym bezrobociu, powinniśmy być szczęśliwi. Chyba nigdy nam tak dobrze nie było w całej naszej historii. Ale jednak wielu z nas nie jest do końca zadowolonych, bo oczekiwania są większe, bo polityka jest chaotyczna, gryzie nas polaryzacja, a młodzi nie wiedząc jak to było w Polsce socjalistycznej, postrzegają każdy ruch w kierunku progresywnym, jako lewacki, jeśli nie wręcz komunistyczny. Różnice polityczne jakie się teraz rysują, w dużej mierze mają podłoże pokoleniowe. Starsi zazwyczaj głosują na partie „głównego nurtu" (mainstreamowe), młodsi na partie walczące z establishmentem, buntujące i zbuntowane. Te, które jeszcze „nie rządziły". Ten rok ujawnił takie zjawisko w całej pełni (patrząc na sondaże), następne lata z pewnością przyśpieszą „zmianę gwardii". Będzie się działo, to pewne, ale jak na tym wyjdziemy, to inna sprawa.

Dużo będzie zależało od tego co zdarzy się w szerokim świecie. Zwłaszcza w Ameryce. I z tym jest problem. Tam już za rok odbędą się wybory połówkowe do Kongresu i jeśli zwyciężą Demokraci władza Trumpa zostanie mocno ograniczona, jeśli zaś Republikanie, Trump będzie królem. Chyba się już mocno do tego sposobi, bo na lipiec 2026 r., gdy będzie Święto Niepodległości, a jednocześnie 250. rocznica powstania Stanów Zjednoczonych, planuje otwarcie monumentalnego Łuku Triumfalnego (tzw. Arc de Trump), w sercu Waszyngtonu, naprzeciw pomnika Lincolna. Ponieważ znam bardzo dobrze to miasto, mieszkałem tam i pracowałem, jestem tą sprawą żywo zainteresowany. Jednocześnie wątpię, czy taki projekt może być w tak krótkim czasie zrealizowany. Jest to jedna z bombastycznych obietnic Trumpa, jakich było wiele, ale ciekawa. Wrócimy do tematu.

Należałoby się zastanowić czy są podstawy do budowania monumentalnych pomników. W końcu Trump nie otrzymał jeszcze pokojowej nagrody Nobla, o którą tak mocno zabiegał. Chwali się, że zażegnał aż osiem wojen. W każdym razie tak mu się wydaje. W tych wszystkich miejscach, objętych jego „opieką" nadal są konflikty. Sam rozpoczął poważny konflikt z Wenezuelą. Chciał także zakończyć wojnę w Ukrainie i to w ciągu 24 godzin, cóż jednak mógł zrobić gdy walczące strony nie chciały przestać walczyć. Gdy wreszcie zaproponował 28-punktowy Plan Pokojowy, wszyscy ocenili, że to plan odpisany od Kremla a Waszyngton zaczęli traktować jak rosyjską filię. Tym bardziej, że zamiast na Rosję rozjuszył się na Europę, ocenił ją w swojej Strategii Bezpieczeństwa jako „gnijącą". Rzekomo grozi nam Europejczykom "cywilizacyjne wymazanie". Rozpoczął wojny kulturowe w Stanach i w Europie. Zrobił wszystko żeby wziąć z nami "rozwód". Takie opinie płyną zewsząd, z każdej niemal europejskiej stolicy. Choć, pewnie naiwnie wierzymy, że jeszcze mu się odmieni.

Trump dokonał całkowitej zmiany paradygmatu. Wyrzucił na śmietnik dotychczasowe wartości: pluralizm, państwo prawa, prawa człowieka. To wszystko czym Ameryka chlubiła się w ostatnim stuleciu i co oferowała światu. Wprowadził ustrój oligarchiczny i władzę predatora, drapieżcy. Zamiast empatii dominację bogatych i chciwych. Gordon Gecco, z pamiętnego filmu "Wall Street" byłby przeszczęśliwy. Zawsze powiadał: „chciwość, z braku lepszego słowa, jest dobra". Grał go znakomity Michael Douglas. Sam Trump, gdy przed tygodniem zmarł Bob Reiner, znany aktor i reżyser, prawdopodobnie wraz z żoną zamordowany przez syna psychopatę, zdołał mu nawet po śmierci wypomnieć, że miał niewłaściwe poglądy i sugerował, że pewnie z tego właśnie powodu los go tak pokarał. Empatia umarła na zawał w Ameryce. Teraz wszystko jest załatwiane „transakcyjnie", dużo dasz, możesz liczyć na względy. Szejkowie saudyjscy zainwestują bilion dolarów, mogą więc liczyć że Ameryka sprzeda im najnowocześniejszą broń. Gdy przedsiębiorcy ze Szwajcarii przywieźli Trumpowi prezenty ze szczerego złota, obniżył zaraz cła na import z tego kraju z 30% do 15%. Na handlu kryptowalutami cała rodzina Trumpów zarabia miliardy dolarów. 

Ale przynajmniej celebrował Trump święto Chanuki w Białym Domu. I robił to z takim zapałem, w towarzystwie rabinów, że jeden z nich ujął go pod ramię i powiedział: „Wreszcie mamy w Ameryce pierwszego żydowskiego prezydenta".

Świec chanukowych nie pozwolił zapalić Karol Nawrocki. Pomimo, że ambasadorem USA w Warszawie jest Thomas Rose, praktykujący Żyd, a Ewangelia św Jana opisuje, że Jezus świętował Chanukę w Jerozolimie. Trudno przyjąć argumentację prezydenta, że obchodzi tylko święta chrześcijańskie, które są mu bliskie. Jako prezydent powinien być otwarty na różne wartości i tradycje, funkcjonujące w społeczeństwie. Kościół Katolicki, przynajmniej od czasów polskiego papieża, otwiera się coraz bardziej na inne religie i ekumenizm (patrz „Pamięć i tożsamość" Karola Wojtyły). Nawrocki demonstruje, że wartości Grzegorza Brauna i jego Korony są mu bliższe i ważniejsze. Dba o radykalnie prawicowy elektorat, w istocie antypolski i antychrześcijański. Wetuje ważne ustawy, które w jego mniemaniu mogłyby choć o jotę poprawić wizerunek rządu, nawet tę która regulowałaby dziki jak dotąd (i tylko w Polsce) rynek kryptowalut, czy tę, która uczyniła by psi żywot trochę bardziej znośnym. Zawłaszcza konstytucję, jednocześnie powołując się na nią. Sam chce być rządem i parlamentem. Bo demokratycznie wybranego polskiego rządu nie uznaje. To dla niego największy wróg. Woli Brauna niż Tuska.

Do ostatnich "triumfów" prezydenta Nawrockiego należy zaliczyć demontaż Okrągłego Stołu i jego przeprowadzkę z Pałacu Namiestnikowskiego do Muzeum Historii Polski. Zrobił to w sposób buńczuczny i ostentacyjny, prowokacyjny. Mogę sobie wyobrazić jak bardzo mu przeszkadzał, jak działał na nerwy. Symbolizował dialog, współpracę, kompromis, te wartości, z którymi on się nie stykał. Szedł przez życie jak Trump - przebojem. Boksował, jak trzeba było, bił się w tzw. ustawkach. Gdziekolwiek był walczył, wykorzystywał prawy czy lewy sierpowy. Tak mu też radził ksiądz Jóźwiak z Ciechanowa. Okrągły Stół zaś był miejscem dyskusji ludzi ówczesnej władzy i opozycji, przy walnym udziale przedstawicieli Kościoła. 

Nie zgadzam się z obecnym prezydentem. Jego rolą zdecydowanie nie jest podpalanie Polski. W obliczu podziałów, polaryzacji, dekompozycji wszystkich praktycznie obszarów administracji publicznej, do czego walnie przyczyniła się formacja poprzednio rządząca Polską, prezydent Polski powinien próbować łączyć, być może zaproponować kolejny „okrągły stół". Skoro już raz zwyciężyła mądrość w narodzie, może zwycięży ponownie. Wtedy byłby właściwy czas na ogłoszenie wiktorii. Tu wróćmy do amerykańskiego prezydenta.

Donald Trump zapowiedział, że jego łuk triumfalny będzie wielki, większy od tego w Paryżu. Na to odpowiedziała mu francuska dziennikarka, Antoine Margueritte: „Różnica polega na tym, że nasz Łuk Triumfalny został wybudowany po pokonaniu Rosjan, a nie po ukorzeniu się przed nimi". Trafiła w sedno. Gdyby Ameryka pokonała Rosję i uwolniła Ukrainę oraz cały nasz region od rosyjskiego zagrożenia, niechby sobie Trump w swojej megalomanii budował łuk triumfalny ponad całym światem. Niechby, gdyby…

Komentarze obsługiwane przez CComment