Lubię Wielkanoc, mistyczne święto. Zwycięskie. Oprócz tradycji i duchowego wymiaru jest to święto wiosny, światła przenikającego mrok, święto życia. Przyroda budzi się i tu i ówdzie kusi kolorami. Albo śpiewem ptaków. Wprowadza w trans zachwytu. Czujemy się odrodzeni. Kwitnienie, oczekiwanie. Całe kobierce krokusów, narcyze, żonkile, forsycje... A już za chwilę będą się pysznić magnolie, bzy, rododendrony. Zawrót głowy!
Jednakże w polityce praktycznie nie ma świąt. Emocje buzują w panteonie władzy i na platformach społecznościowych. Obelgi, bluzgi, hejt i dezinformacja są codzienną monetą w relacjach między użytkownikami. I nie ma zmiłuj. Jest za to dużo zwykłej hipokryzji, jak zawsze.
To co uderza w obecnym układzie to głośne, wzajemne obwinianie się o nią, na ostrym, wysokim diapazonie.
Baron Francois de la Rochefoucauld żartował w XVI wieku: „Hipokryzja to hołd składany cnocie przez występek". Aforyzm godny Nobla. Ale baronie, jeśli za dużo tych hołdów to cnota się może zdemoralizować.
O demoralizacji francuskich sfer wyższych wiemy dziś już sporo.
W naszych jednak sferach też nie dzieje się dobrze. Prezydent Nawrocki kontynuuje obstrukcję i destrukcję państwa. Odmawia nominacji ambasadorom, sędziom, oficerom ABW i wetuje ustawy. Wrogiem jest konstytucja, Unia Europejska i przede wszystkim rząd, bo nie pochodzi z jego politycznej „bajki". A nawet Sejm, bo uchwala akty prawne nie konsultując się z „Pałacem” (mamy podział władz). Prezydent chciałby wejść w kompetencje wszelkich organów, być jak Trump małym bogiem, wygrażającym urbo et orbi.
Gdy więc Sejm wybrał sześciu sędziów do Trybunału Konstytucyjnego prezydent przyjął ślubowanie tylko od dwóch. Szef jego kancelarii Zbigniew Bogucki oskarżał rząd o „skrajną hipokryzję" , bo jego zdaniem zostały złamane przepisy Regulaminu Sejmu, a nominacje zostały złożone za późno, przemilczając, że poprzedni rząd robił dokładnie to samo i ani słowem się nie zająknął w jakich okolicznościach powstał kryzys wokół Trybunału. Otóż w 2016 r. prezydent Duda zaprzysiągł (po kryjomu, w nocy), trzech niewłaściwie wybranych sędziów (tzw. dublerów), a odmówił zaprzysiężenia trzech właściwych. Potem było gorzej. Trybunał stał się atrapą bez wiarygodności. Niezgodnie z prawem zostali wybrani prezesi TK, wpierw Julia Przyłębska, później Bogdan Święczkowski. Politycy PiS, jak Krystyna Pawłowicz czy Stanislaw Piotrowicz, najpierw pracowali nad ustawami w Sejmie, później byli ich recenzentami podczas orzekania. Wbrew podstawom etyki. Były wyroki, nieuznawane przez unijne trybunały, były też niekończące się spory polityczne, a nawet personalne. O tym Bogucki nawet nie wspomniał. On, jak adwokat diabła, kugluje kruczkami, fragmentami orzeczeń, pogłębiając tylko istniejący chaos. Teraz zaś, gdy jest szansa na odbudowanie choćby części autorytetu Trybunału i doprowadzenie do tego żeby wszystkie wakaty były zapełnione, prezydent wybiera dwoje sędziów, nie podając zasadnego, logicznego argumentu, (nie mówiąc o prawnym), dlaczego taką selekcję stosuje. Jasne jest że kieruje się li tylko kryterium politycznym. Konstytucja nie daje mu uprawnień w tym zakresie. Jest uzurpatorem. Sędziów TK wybiera Sejm, prezydent ma odebrać od nich ślubowanie. I tyle. Ładna ceremonia dopełniająca wybór. Bogucki powoływał się na biogramy sędziów i widać, że Pałac Prezydencki tych dwoje uznał jako najbardziej konserwatywnych w orzekaniu, być może po myśli prawicy. Po przejęciu Trybunału przez PiS byli w nim wyłącznie pro-pisowscy sędziowie a prezesem była sędzia bez jakiegokolwiek dorobku, za to będąca „odkryciem towarzyskim" Kaczyńskiego. Z decyzją prezydenta nie zgadza się nie tylko rząd, ale wszystkie najważniejsze autorytety prawnicze, z profesorem Andrzejem Zollem na czele. Wielu zarzuca mu naginanie prawa, rozpychanie, hipokryzję i stosowanie retorycznych sztuczek. Prawdziwym autorem tych manipulacji jest jednak nie tyle prezydent Nawrocki ile Zbigniew Bogucki, działając z inspiracji Nowogrodzkiej.
Zupełnie inny spór, nieoczekiwanie, rozgorzał w szeroko rozumianym Kościele. Z okazji 40-ej rocznicy odwiedzenia synagogi w Rzymie przez papieża Jana Pawła II ogłoszony został List Konferencji Episkopatu Polski, przypominający nie tylko o tym historycznym fakcie, ale także o nauczaniu polskiego papieża, który przyjaźnił się przecież z wieloma Żydami i uważał antysemityzm jako grzech. List KEP przypomniał, że Żydzi to „naród wybrany" zgodnie z Biblią i chrześcijańskim nauczaniem. Nie było w tym liście absolutnie niczego nowego, zdrożnego, czy w jakikolwiek sposób niezgodnego z doktryną Kościoła. Była zachęta do odwiedzenia synagogi, zgodnie z prowadzoną od lat (zwłaszcza po Soborze Watykańskim Drugim) praktyką ekumenizmu. No i zawrzało, w mediach i na platformach. W czasie gdy wielu katolików polskich popiera Grzegorza Brauna, ujawnił się polski antysemityzm. Jedni katolicy drugim zarzucają zdradę i hipokryzję. Ostrze ataków skierowane było przeciwko kardynałowi Grzegorzowi Rysiowi. Bo to on jest postrzegany jako bardziej „liberalny" niż inni biskupi i jest przewodniczącym Komitetu ds. Dialogu z Judaizmem działającym przy Episkopacie. On musiał napisać List.
Czasopismo naukowe "Pedagogika Katolicka" (ulubione pismo Czarnka), opublikowało zdjęcie kardynała Rysia z pejsami i gwiazdą Dawida. Zarzucano, że jest prożydowski a biskupi z nim związani reprezentują „synagogę szatana", czyli zdradę Chrystusa. Polska polaryzacja sięgnęła do wnętrza Kościoła i nauczanie papieskie jest wykorzystywane instrumentalnie, gdy trzeba wielką gromnicą uderzyć w rywala.
Opowiadając się po stronie Episkopatu (w tej konkretnej sprawie), muszę zaznaczyć że i ja jestem krytyczny wobec działań rządu Izraela, w szczególności w Gazie. To nie ma nic wspólnego z antysemityzmem. Nie będę głosował na Brauna. Nawet prominentni Żydzi, tacy jak były prezydent Izraela Avraham Burg są krytyczni w obliczu masowych zbrodni. Premiera Izraela należy postawić przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym.
Tymczasem obecny rząd Stanów Zjednoczonych, pod przewodnictwem prezydenta Trumpa kontynuuje wojnę z Iranem i pragnie przywrócić ten kraj do „epoki kamienia łupanego". Jak zwykle, jednego dnia Trump jest bojowy i chce zrównać Iran z ziemią, innego chce się wycofać z wojny, bo czuje że już ją wygrał. Ale czy wygrał? Hipokryzja, w przypadku Trumpa jest tlenem. Twierdzi, że pozbawił Iran jakiejkolwiek mocy, po zniszczeniu lotnictwa, marynarki wojennej, przywództwa, etc. Iran każdego dnia ostrzeliwuje jednak cele w Zatoce Perskiej. Mało tego, bezbronny ten kraj kontroluje cieśninę Ormuz, powodując wstrząsy w gospodarce światowej. Trump groził, że jeśli nie przestaną tego robić rozbije ich w drobny puch. Teraz twierdzi, że oswobodzenie cieśniny jest zadaniem sojuszników. Niech wypiją to mleko które on rozlał. Jeśli nie wejdą do wojny, grozi, że może wycofać Stany z NATO.
Przed wojną Iran nie budował broni nuklearnej, teraz zamierza, bo tylko taka broń zapewnia bezpieczeństwo. Podobnie jak w Korei Północnej. Przed wojną irańska ropa była objęta sankcjami, teraz już nie jest. Inflacja spadała, teraz rośnie. Bazy wojskowe USA w Zatoce Perskiej stały się "trefne" bo przyciągają irańskie pociski. Kraje będące gospodarzami ponoszą wielkie i niezasłużone straty. To są prawdziwe owoce amerykańskiego "triumfu". Notowania Trumpa w Stanach spadły poniżej notowań Bidena, którego tak nisko cenił. Nic to, Trump będzie nadal triumfował, nadal będzie kłamał...
Ale mamy wiosnę i nie chciałbym smętnie zakończyć felietonu. Przytoczę słowa innego Amerykanina, któremu słusznie przyznano Nobla. To Martin Luther King: „Ciemność nie może przepędzić ciemności, tylko światło może to uczynić. Nienawiść nie zwalczy nienawiści, tylko miłość może to zrobić".
To mądre słowa. Było już sporo o wiośnie we wstępie. Ale nie było o miłości. A przecież to miłość najbardziej kojarzy się z wiosną…






Komentarze obsługiwane przez CComment