Cieszymy się, gdy wreszcie zbliża się do nas ta pora roku… Tropimy, fotografujemy i chwalimy się każdą dostrzeżoną oznaką wiosny. Szczególnie raduje nas wszelkiego rodzaju ptactwo, które o tym sygnalizuje, jak na przykład przylot pierwszego boćka do gniazda w Szulmierzu czy zaloty pary żurawi na bagnach nadnarwiańskich.
Ale jest pewna mała ptaszyna, obecności której nie doceniamy, nie cieszymy się jej widokiem, zwyczajami i świergotem. A ona cały czas jest obok, towarzyszy nam przez cały rok, nie opuszcza nas przed najsroższą nawet zimą. „Wróbelek jest mała ptaszyna, wróbelek istotka niewielka…” - jak w żartobliwym wierszyku pisał czule o nim przed laty poeta dwojga imion Gałczyński, a śpiewali satyrycy z teatrzyku „Zielona Gęś”.
Dziś więc, zamiast zachwycać się tymi, którzy wyfruwają sobie do ciepłych krajów i zostawiają nas w trudnych chwilach, a gdy przyroda w naszym kraju budzi się do życia, wracają jakby nigdy nic, poświęćmy trochę czułej uwagi małym, szarym ptaszynom.
Historia wróbla sięga czasów starożytnych, terenów południowo-zachodniej Azji. Towarzyszył ludziom podczas upraw zbóż takich jak pszenica czy żyto. Szczyt ich panowania zaczął się w XVIII w. i związany był z rewolucją przemysłową, która doprowadziła do rozwoju miast. Bo wraz z nimi licznie pojawiły się konie, a jak konie to i… odchody, w których zawsze znalazło się sporo niestrawionych ziaren owsa. Wróble chętnie też podbierały pożywienie z końskich żłobów. Dlatego ich populacje rozkwitły. Aż tu nagle, w połowie XX w. liczebność wróbla na całym świecie zaczęły dramatycznie maleć. Od lat 70. i 80. XX w. do pierwszej dekady XXI w. w Warszawie zmniejszyły się o blisko 50 proc., w Hamburgu o 75, a w niektórych rejonach Londynu nawet o 98 proc.
Czy to źle? Oczywiście. Ptaki te są niezwykle pożyteczne dla środowiska, ważną rolę pełnią w ekosystemie, wyjadają owady i szkodniki, naturalnie kontrolując ich populacje ("...on brzydką stonogę pochłania…”). Historycznie konsekwencje zmniejszania populacji wróbli były tragiczne. Np. w Chinach za czasów Mao Tsetunga masowo tępiono wróble, w ramach kampanii „zwalczanie czterech plag” wyeliminowano miliony osobników. Doprowadziło to do katastrofalnych skutków – pojawiła się piąta plaga – szarańcza, która zniszczyła uprawy przynosząc klęskę głodu.
(„Lecz nikt nie popiera wróbelka…). Eksperci wyliczyli, że w ciągu ostatnich 10 lat liczba par lęgowych wróbli w Polsce zmniejszyła się o 1,5 mln, to ponad 20 proc. spadek populacji. Specjaliści wskazują na kilka głównych czynników odpowiedzialnych za ten spadek. Jednym z nich jest brak dostępności pożywienia. W przeszłości ptaki korzystały z ziaren rozsypywanych przez rolników, jednak wraz z rozwojem i modernizacją rolnictwa to źródło praktycznie zniknęło. Drugim istotnym powodem jest urbanizacja. Nowoczesne budynki, szklane fasady i szczelne elewacje ograniczają wróblom zakładanie gniazd, a szklane powierzchnie często okazują się dla nich śmiertelnymi pułapkami.
„Wróbel, który człowiekowi zawdzięczał gigantyczny sukces, stał się prawdopodobnie ofiarą pedantyzmu swego dobroczyńcy” - wyjaśnia ornitolog Jacek Karczewski. W miastach człowiek sprząta, co się da. Betonuje i asfaltuje coraz więcej zieleni, przez co giną dzikie trawniki i zakrzewienia „Żyjemy w czasach gwałtownie postępującego spadku bioróżnorodności, że za kilkadziesiąt lat przetrwają tylko te gatunki, które będą potrafiły zaadaptować się do naszej ekspansywnej i destrukcyjnej cywilizacji” - prognozuje Jacek Karczewski.
Miejmy nadzieję, że te zaradne, zahartowane szare ptaszyny to potrafią. Tylko musimy im pomóc.
„Więc wołam: Czyż nikt nie pamięta, że wróbelek jest druh nasz szczery? Kochajcie wróbelka dziewczęta, kochajcie do jasnej cholery! - kończy apelem swój wiersz Konstanty Ildefons. A ja kończę swój felieton, którym być może, jakoś pomogłem tym sympatycznym ptaszkom...






Komentarze obsługiwane przez CComment