Świat wpadł w sinusoidę, w polityce i w pogodzie. Bo aurę od tygodni mamy zmienną: upały, chłody, ulewy, pożary apokaliptyczne na południu Europy, poza Europą nawet silne trzęsienia ziemi, jak w Wenezueli. To biedny kraj jest (choć bogaty), bo nie dość że mu w styczniu Amerykanie porwali prezydenta (Maduro) i zarobili na wenezuelskiej ropie kilkanaście miliardów dolarów (nikt nie wie, co się z nimi stało), to jeszcze natura uderzyła weń tak mocno, że zginęło kilka tysięcy osób w najbardziej okrutnych okolicznościach. Administracja Trumpa nieszczególnie pomaga, to w końcu tylko amerykańska kolonia. A są tacy w Polsce, którzy chcą, żebyśmy też taką się stali...
Amerykanie znowu bombardują Iran każdego dnia, szczególnie chcą zniszczyć te elementy infrastruktury, które w opinii Trumpa już dawno zostały zniszczone i to wielokrotnie, jak wyrzutnie rakiet i dronów czy laboratoria gdzie wzbogacają uran, co może być groźne dla świata. Iran nie może być mocarstwem nuklearnym, w opinii Trumpa, natomiast Arabia Saudyjska może, albowiem Trump właśnie podpisał umowę, zezwalającą Arabom na wzbogacanie uranu, bez żadnej klauzuli zastrzegającej, iż kraj ma się stosować do zasad nieproliferacji. Dał tym samym zielone światło do rozwoju broni nuklearnej. Skąd taka tolerancja? Trump i cała rodzina Trumpa (córka, zięć, synowie, etc), prowadzą od lat miliardowe biznesy z Arabią Saudyjską, poświęcają czas i trudzą się żeby uszlachetnić szejków i ucywilizować ich. W tym sensie jest to zaszczytna misja, bo rejon Zatoki Perskiej jest bez wątpienia najbardziej zapalnym obszarem świata i można się spodziewać najgorszego. Trump znów zostanie przedstawiony do pokojowego Nobla.
Ale pomijając zamęt na Bliskim Wschodzie, odzwierciedlony w cenie baryłki ropy ostatnie tygodnie przebiegły raczej spokojnie, bo był mundial a ludzie przylepieni do telewizorów nie mają ochoty na psoty. W Polsce nikt się nawet nie buntował, że naszej drużyny nie było na mistrzostwach świata (bo odpadła w eliminacjach), a przecież FIFA powiększyła liczbę uczestniczących krajów z 32 do 48. Co tam, cieszyliśmy się, że wygrała Hiszpania, a wcześniej już odpadły Niemcy. Mieliśmy shadenfreude. Oglądaliśmy też z zachwytem euforię w Madrycie, jak cieszą się Hiszpanie z tytułu. My dodatkowo emocjonowaliśmy się karierą Lewandowskiego, którego co prawda Hiszpanie już nie chcą w Barcelonie, ale za to Amerykanie przyjęli go do Chicago Fire, gdzie zarobi dziesiątki milionów dolarów. Co nas także cieszy, zupełnie tak jak byśmy sami wygrali je na loterii. Niech sobie Robert żyje jak król! W końcu strzela gole! Choć nie tak znowu często w reprezentacji. W pierwszym meczu nowej drużyny z Interem Miami także nie strzelił gola, a jego drużyna mecz przegrała 2:3, ale w następnym meczu ma się poprawić. Jeżeli nie, trener posadzi go na ławce rezerwowych, bo już denerwują się kibice. Ale co tam, wtedy Robert może wystąpić w jakimś filmiku reklamowym i będą następne miliony. Zareklamował już tyle gadżetów, że widuję go rano, gdy tylko włączę komputer. Albo otworzę lodówkę…
Tymczasem w kraju niezła zadyma - PiS się sypie!
Niby nic a tu nagle pojawili się z jednej strony intryganci (skupieni wokół prezesa Kaczyńskiego) z drugiej zaś rozłamowcy, będący członkami założonego przez Mateusza Morawieckiego stowarzyszenia "Rozwój plus". Sami siebie tak wzajemnie przezwali. Choć już od dawna były tam frakcje, takie jak: maślarze, harcerze, zakonnicy, ziobryści...trudno się w tym połapać prostemu felietoniście.
Pamiętam, że Tobiaszowi Bocheńskiemu nie podobało się niemieckie masło na pokładzie polskiego samolotu, który wystartował z Berlina...wietrzył spisek Tuska. Teraz w PiS-ie naparzają się między sobą: bluzgi, docinki, zniewagi na platformach społecznościowych. Trudno przytoczyć je in extenso, zwłaszcza że niektóre znikały szybko, być może w wyniku auto-refleksji. Ale był tam "rynsztok", "stul pysk", "parciana retoryka" i wiele, wiele innych. Były też indywidualne, personalne zwady. Poseł Płażyński zagroził posłowi Horale procesem, gdy ten insynuował, że to Płażyński miał być autorem raportu na temat Nawrockiego, ujawnionego na początku ubiegłorocznej kampanii prezydenckiej. W raporcie było wiele na temat kontaktów Nawrockiego z trójmiejskim półświatkiem, gangsterami i prostytutkami. Nawrocki przyznał się tylko do uczestnictwa w tzw. ustawkach (gdzie się naparzali kibice) oraz pracy w sopockim Grand Hotelu jako ochroniarz. Ale to się właśnie spodobało szeroko rozumianej prowincji. Tym bardziej na niego głosowano. Swój chłop! Do tego bokser, strongman, nie stroniący od używek. Kariera od ochroniarza do prezydenta, legenda. Jeśli Płażyński miał cokolwiek do czynienia z tym raportem, powinien otrzymać medal. Z kolei Monika Pawłowska poczuła się zaszczuta przez posła Mateckiego, ale z Mateckim - wiadomo, można tylko pić, albo się bić. Posłanka przeszła do PiS niedawno z lewicy, może o tym nie wiedzieć.
Sporów ideowych w zasadzie nie było, oni wszyscy nic nie chcą dla siebie, tylko dla Polski. Kością niezgody był wymóg Kaczyńskiego, by członkowie stowarzyszenia wyrzekli się tegoż i podpisali lojalkę, przezwaną zaraz w Warszawie, "lojarką". Być może Jarek Kaczyński takie podpisywał w PRL, dobrze mu się wtedy działo. Jednak dzisiejsi posłowie nie chcą niczego podpisywać.
Wśród około czterdziestu "rozłamowców", chcących teraz iść w ogień z Mateuszem jest też mazowiecka posłanka Anna Cicholska z Ciechanowa, niespodzianka. Choć z Morawieckim miała dobre relacje, nie powinienem się dziwić. Trzy lata temu z klubu PiS został usunięty senator Jan Maria Jackowski, dziś znany komentator. PiS jest partią wodzowską, autorytet wodza Kaczyńskiego nie jest już jednak tak pewny jak kiedyś. Jarosław Kaczyński, chcąc się utrzymać przy władzy jak najdłużej popełnia coraz więcej błędów.
A lista tych błędów jest długa. Był (krótko) premierem, gdy nie powinien nim zostać (bo jego brat był prezydentem a on sam obiecał publicznie że nie sięgnie po władzę), a kiedy wygrywał wybory i jako lider partii powinien przyjąć premierowstwo, odmawiał honoru, namaszczając innych. To nie było mądre. Tak postąpił kiedyś Marian Krzaklewski, po zwycięstwie AWS, desygnując nieznanego wówczas profesora Buzka na premiera, w nadziei że sam zostanie prezydentem. Ale wybory przegrał z Kwaśniewskim i w rezultacie zniknął ze sceny. Kaczyński zabawił się w polskiego kingmakera, który mianuje premierów i prezydentów. Ale zbyt dobrze na tym nie wyszedł. Z nikogo tak naprawdę nie był zadowolony. Morawiecki, będąc premierem przez sześć lat, zdążył zbudować sobie całkiem niezłe zaplecze, co pozwoliło mu na rywalizację o wszystko. Chciał być prezydentem, ale Kaczyński wysłał w bój Nawrockiego. Potem był przekonany, że to on zostanie kandydatem na przyszłego premiera, mając już wielkie doświadczenie, ale Morawiecki otrzymał łatkę lewaka w kręgach pisowskich i innych prawicowych. Bo za jego rządów przyznano prawie cztery miliony wiz pracowniczych imigrantom, za bardzo kłaniał się Ursuli von der Leyen i zgodził się na przeróżne unijne warunki, wprowadził też zbyt wiele ograniczeń w czasie lockdownu. Partia zaczęła skręcać na prawo, chcąc rywalizować z obiema konfederacjami. Prezes postawił na Przemysława Czarnka, którego Morawiecki nie trawi. Zaczęły się tarcia, które przybierały na sile. i które nie mogły się dobrze skończyć. Na prawicy już nie ma hegemona. Jest chaos i są kolejne podziały.
To co łączy intrygantów z rozłamowcami, Kaczyńskiego z Morawieckim, a nawet Płażyńskiego z Horałą to wielkie parcie do władzy i wynikająca stąd nienawiść do DonaldaTuska. Premier podsumował zadymę w PiS krótko: tak bardzo walczą o jedność, że kamień na kamieniu nie zostanie. Nigdy nie przejmował się tym, że jest obrzucany błotem, jak żaden polski polityk w historii. Ale też do niego, jak do nikogo innego w polskiej polityce odnosi się znna mądrość: "jeżeli nienawidzą cię idioci, płacisz cenę za to, że nie jesteś jednym z nich".
Na horyzoncie kłębią się znów chmury, spodziewane są dalsze turbulencje, zamęty i zadymy, trzymajmy się burty.






Komentarze obsługiwane przez CComment