Piątek, 13 lutego 2026 roku. Data, która w przesądach niesie pecha, dla polskiej kultury stała się po prostu dniem żałoby. Nie żyje Bożena Dykiel. Miała 77 lat.
Nie będę udawał, że odeszła "wielka dama polskiego kina", bo Dykiel by to wyśmiała. Damy pijają herbatę z filiżanek na mały palec, a ona piła życie haustami, często prosto z butelki. Była żywiołem. Kiedy w "Balladynie" Adama Hanuszkiewicza wjeżdżała na scenę Teatru Narodowego na hondzie, jako Goplana w obcisłym kombinezonie, polski teatr wstrzymał oddech. Jedni z zachwytu, inni z oburzenia. I o to jej chodziło.
Dla młodszego pokolenia pozostanie Marią Ziębą z "Na Wspólnej", ciepłą, choć wścibską matką-Polką. Ale my pamiętamy, że to była aktorka Andrzeja Wajdy. Kasia w "Weselu", Mada Müller w "Ziemi obiecanej". Potrafiła zagrać wszystko: od prostaczki po wyrafinowaną cwaniarę, jak Miećka Aniołowa z "Alternatyw 4". Miała ten rzadki dar – "warunki", jak się kiedyś mówiło. Była krwista, prawdziwa, czasem przaśna, ale nigdy fałszywa.
Ostatnie lata nie były dla niej łaskawe. Serce, które wkładała w każdą rolę, fizycznie odmawiało posłuszeństwa. Otwarcie mówiła o wadzie zastawki, o niedotlenieniu mózgu, o tym, że żyła "jak wariatka", bagatelizując zdrowie. Przyznała się też do walki z depresją. To wymagało odwagi większej niż rozebranie się przed kamerą.
Ale ja nie chcę żegnać jej pomnikiem. Chcę ją pożegnać taką, jaką zapamiętałem, gdy miałem 23 lata.
Był rok 1979. Koszalin, festiwal "Młodzi i Film". Dostałem bojowe zadanie: wywiad z gwiazdą. Dykiel była wtedy u szczytu sławy, tuż po "Ziemi obiecanej". Spędzała dwutygodniowe wczasy z rodziną w jednym z ośrodków nad morzem. Pojechałem tam z duszą na ramieniu, spodziewając się kapryśnej diwy, którą trzeba będzie prosić o chwilę uwagi.
Zastałem normalną kobietę. Po rozmowie, zamiast spławić natręta, rzuciła po prostu: "Chodź z nami na obiad". I tak wylądowałem przy stoliku w stołówce wczasowej. Siedzieliśmy w piątkę: ona, jej mąż Ryszard, dwie małe córki i ja – onieśmielony, z dyktafonem ściskanym w ręku. Rodzina podzieliła się trzema porcjami, czwartą dostałem ja. Żadnego zadęcia, żadnych barier. Był gwar, były żarty i głośny śmiech, który niósł się po sali. Pamiętam ten obiadowy konkret – chyba nawet trafiło mi się wtedy, jako gościowi, solidne udo z kurczaka, co w tamtych czasach też było wydarzeniem. Oboje z mężem traktowali mnie jak starego znajomego, a nie jak nieznanego pismaka, którego trzeba się już pozbyć.
Taka była. Bez dystansu, bezpośrednia, waląca prosto z mostu.
Bożena Dykiel nie grała życia, ona je pożerała. Dziś ten apetyt się skończył.
Żegnaj… Dziękuję za tamten obiad i za to, że nigdy nie byłaś… nijaka.
MAREK ŻBIKOWSKI
wspomnienie osobiste


![Nostalgiczna podróż w świat dziecięcych historii Aktorów Profesjonalnie Zakręconych [ZDJĘCIA]](/images/powiaty/ciechanow/wydarzenia/oscislowo%2012.jpg#joomlaImage://local-images/powiaty/ciechanow/wydarzenia/oscislowo 12.jpg?width=900&height=600)



Komentarze obsługiwane przez CComment