ul. ks. Ściegiennego 2, 06-400 Ciechanów 23 672 44 96 sekretariat@tygodnikciechanowski.pl Pon.-Pt.: 8.00 - 15.00

Oscary nagradzają sprawność. Kino żyje gdzie indziej

Szczęśliwi zdobywcy Oscarów

Tegoroczne Oscary powiedziały o współczesnym kinie amerykańskim więcej, niż pewnie sama Akademia chciała powiedzieć. Najważniejszym zwycięzcą gali został „Jedna bitwa po drugiej” Paula Thomasa Andersona.

Film zdobył sześć Oscarów, w tym za najlepszy film, reżyserię i scenariusz adaptowany. Tu nie ma przypadku: Akademia znów postawiła na kino, które idealnie odpowiada jej własnemu wyobrażeniu o filmowej wielkości — duże, świetnie skrojone, prestiżowe, z nazwiskami, rozmachem i aurą wydarzenia. 

Z drugiej strony mocno wybrzmiał też „Grzesznicy”, który wszedł do gali z 16 nominacjami i wyszedł z czterema statuetkami, w tym za najlepszego aktora, scenariusz oryginalny, zdjęcia i muzykę. To też bardzo charakterystyczne. Hollywood lubi dziś sprawność, energię, tempo, widowiskowość i emocję dobrze podaną. Umie to robić znakomicie. Problem zaczyna się wtedy, gdy trzeba odpowiedzieć na prostsze, ale ważniejsze pytanie: czy z tego wszystkiego zostaje coś głębiej pod skórą. 

Bo właśnie z tym mam coraz większy kłopot. Współczesne kino amerykańskie jest często bez zarzutu jako produkt. Działa. Wciąga. Jest technicznie znakomite. Potrafi poruszyć temat społeczny, psychologiczny czy polityczny. Ale bardzo często robi to w sposób tak starannie wyliczony, że znika z niego życie. Zamiast prawdziwego doświadczenia dostajemy jego elegancko zaprojektowaną wersję. Zamiast człowieka — figurę. Zamiast dramatu — komunikat. To kino umie opowiadać o bólu, ale coraz rzadziej naprawdę boli.

Tegoroczne Oscary potwierdziły ten rozdźwięk między kinem nagradzanym a kinem przeżywanym. Owszem, gala miała swoje mocne momenty. Jessie Buckley wygrała zasłużenie za rolę w „Hamnecie”, a sam film był jednym z ważniejszych tytułów sezonu, z nominacjami także dla najlepszego filmu i reżyserii. Norweska „Wartość sentymentalna” dostała Oscara za najlepszy film międzynarodowy. To werdykty uczciwe. Ale uczciwość nie zawsze oznacza przenikliwość. Akademia znów doceniła filmy, które umiała dobrze odczytać w swoim własnym języku. 

A przecież najciekawsze kino roku wcale nie musiało mieszkać w centrum tej gali. Dla mnie — i nie tylko dla mnie — prawdziwe życie kina biło mocniej obok czerwonego dywanu. W filmach mniej wygładzonych, bardziej chropowatych, niejednoznacznych, czasem wręcz niewygodnych. W takich tytułach jak „Sirāt”, „Hamnet”, „Dla dobra Adama”, „Dwaj prokuratorzy” czy „Głos Hind Rajab”. To filmy, które nie próbują widza prowadzić za rękę. Nie ustawiają emocji tak dokładnie, by nikt nie poczuł się zbyt nieswojo. Nie są tak idealne. I właśnie dlatego bywają znacznie bardziej prawdziwe.

Tu przebiega dziś dla mnie najważniejsza granica. Nie między Ameryką a Europą, nie między kinem komercyjnym a artystycznym, tylko między filmem, który chce być przeżyciem, a filmem, który chce być prawdziwy. Hollywood wciąż potrafi produkować dzieła ogromnie efektowne, często znakomite warsztatowo, ale coraz częściej są to filmy zbyt poprawne, zbyt świadome własnej misji, zbyt dobrze zabezpieczone przed ryzykiem. Nawet kiedy opowiadają o pęknięciu, same pozostają dziwnie gładkie. Nawet kiedy mówią o cierpieniu, robią to tak, by nikogo za bardzo nie skaleczyć.

I może właśnie dlatego tak wiele filmów amerykańskich ogląda się dobrze, ale pamięta krótko. Są sprawne, a jednak powierzchowne. Poruszają ważne tematy, ale często w sposób dydaktyczny, zbyt czysty, zbyt jednoznaczny. Bohaterowie niekiedy bardziej coś reprezentują, niż po prostu istnieją. Dialogi brzmią tak, jakby przeszły przez kilka poziomów korekty wrażliwościowej. Wszystko ma się zgadzać — i właśnie przez to za często nie zgadza się człowiek.

Nie piszę tego po to, by Oscary wyśmiać. To nie była zła gala ani zły zestaw laureatów. Był to raczej werdykt bardzo przewidywalny i przez to wymowny. Akademia znów nagrodziła kino, które najlepiej działa w jej własnym systemie prestiżu. I znów tylko częściowo spotkała się z tym, co w kinie najważniejsze: z tajemnicą, ryzykiem, bólem, niejednoznacznością, z tym drżeniem, po którym człowiek wychodzi z sali trochę odmieniony.

Oscary wciąż potrafią wskazać zwycięzców sezonu. Znacznie rzadziej potrafią wskazać filmy, które zostaną z nami na lata. Tegoroczna gala tylko to potwierdziła. Wielu nagrodzonych zasłużyło na swoje statuetki. Ale nie jestem pewien, czy to właśnie oni stworzyli kino najważniejsze. To najważniejsze trzeba było w tym roku znaleźć trochę dalej od środka kadru.

***

Znamienna podczas ceremonii była nieobecność Seana Penna, który otrzymał w tym roku Oscara za rolę drugoplanową w filmie "Jedna bitwa po drugiej", ale na gali się nie pojawił. Jak zauważył ze sceny zastępujący go przyjaciel Kieran Culkin, Sean Penn „nie mógł tu być, albo... nie chciał”. Żart brzmiał lekko, ale dobrze oddawał sens jego nieobecności. Penn już wcześniej ostentacyjnie dystansował się od Oscarów: w 2022 roku groził bojkotem ceremonii, jeśli nie dopuszczono by do głosu Wołodymyra Zełenskiego, później symbolicznie przekazał jedną ze swoich statuetek prezydentowi Ukrainy, a w 2024 roku publicznie nazwał Akademię „tchórzami”. Według wiarygodnych relacji tegoroczny oscarowy wieczór spędzał najpewniej w Ukrainie. Jego absencja nie wygląda więc na przypadek, lecz na kolejny gest człowieka, który od dawna pokazuje, że czerwony dywan znaczy dla niego mniej niż polityka, wojna i własne demonstracyjne stanowisko.

MAREK ŻBIKOWSKI

Komentarze obsługiwane przez CComment