W niedzielę 30 lipca 1944 r., w związku z likwidacją więzienia w Forcie III w Pomiechówku, Niemcy dokonali masowej egzekucji, mordując około 300 osadzonych tam więźniów. Jeszcze dzień wcześniej większość z nich poprowadzono na dworzec kolejowy w Modlinie, skąd miano ich przewieźć w nieznanym kierunku (być może do KL Stutthof). Ze stacji jednak nikt nie odjechał, ponieważ nie pojawił się na niej żaden pociąg, a oszołomionych i znużonych upałem więźniów popędzono z powrotem do fortu.
Czy rzeczywiście planowano tego dnia ewakuację więźniów, czy była to jedynie wyreżyserowana mistyfikacja – trudno dziś rozstrzygnąć. Wiadomo natomiast, że następnego dnia rano zwołano w forcie posiedzenie sądu doraźnego, w którym – dodajmy – sędziami i ławnikami byli funkcjonariusze Gestapo, a sam proces był zwykłą sądową farsą, bez przesłuchania świadków, prawa oskarżonych do obrony oraz możliwości odwołania się od wyroku (zazwyczaj była to kara śmierci lub zesłanie do obozu koncentracyjnego). Sąd ten skazał na śmierć bliżej nieznaną liczbę więźniów związanych z konspiracją – jak wynika z kartoteki Gestapo, jednym z nich był doktor Józef Witwicki z Mławy – po czym jeszcze tego samego dnia przed południem rozpoczęto akcję likwidacji więźniów, trwającą aż do wieczora. Na podstawie ekshumacji przeprowadzonej w 1945 r. przyjmuje się, że tego dnia zamordowano co najmniej 281 osób, w tym pięć kobiet. Wśród rozstrzelanych znaleźli się ojciec Cyryl Dardziński, gwardian klasztoru kapucynów w Zakroczymiu, oraz wspomniany już doktor Józef Witwicki, mławski lekarz. O tych dwóch postaciach, ze względu na ich niezłomną postawę aż do ostatnich chwil życia, mówi się i pisze coraz więcej, a na podstawie zachowanych relacji i wspomnień więźniów, którzy przeżyli gehennę Fortu III, bywają oni nawet nazywani „aniołami z Pomiechówka”. Ich drogi życiowe były odmienne, inny był też czas i okoliczności, w jakich trafili do Fortu III. Połączyło ich jednak otwarcie na ludzi potrzebujących, empatia i heroizm, a wreszcie – wspólna śmierć i ludzka pamięć, żywa i niezatarta mimo upływu dziesięcioleci.
Starszy z bohaterów tego felietonu, Józef Witwicki, urodził się 21 kwietnia 1902 r. w Chersoniu na Ukrainie jako syn lekarza Romana Witwickiego i jego żony Zofii ze Straszewiczów. Po pierwszej wojnie światowej trafił do Mławy, gdzie dokończył naukę i w 1924 r. zdał maturę w Gimnazjum Państwowym im. Stanisława Wyspiańskiego. W tym samym roku podjął studia medyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim, które ukończył w 1930 r. Do Mławy powrócił dwa lata później, obejmując etat lekarski w szpitalu św. Wojciecha przy ul. Niborskiej. W mieście tym poznał swoją przyszłą żonę, Jadwigę Mieczyńską, nauczycielkę języka polskiego w Gimnazjum i Liceum im. Stanisława Wyspiańskiego, z którą zawarł związek małżeński w 1935 r. Po wybuchu II wojny światowej zgłosił się jako ochotnik do wojskowej służby zdrowia, a po powrocie z frontu związał się z miejscowym ruchem oporu, wstępując w szeregi Związku Walki Zbrojnej/Armii Krajowej, gdzie pełnił funkcję powiatowego szefa służby zdrowia. Nadal prowadził praktykę lekarską, kierował szpitalem dla ludności polskiej, był też lekarzem w mławskim getcie, pomagając między innymi w akcji ratowania Żydów, a ponadto wspierał finansowo potrzebujące rodziny oraz miejscowe podziemie. Aresztowany przez Gestapo 29 lipca 1943 r., został przewieziony do więzienia w Ciechanowie, a stamtąd trafił do Fortu III w Pomiechówku. Na mocy wyroku sądu doraźnego z 2 lutego 1944 r. wraz z siedmioma innymi członkami AK skazano go na bezterminowy pobyt w obozie koncentracyjnym. 17 lutego 1944 r. siedmiu skazanych z tej listy skierowano do obozu koncentracyjnego w Mauthausen, natomiast Józefa Witwickiego zatrzymano w Pomiechówku, gdzie nadal pełnił obowiązki lekarza obozowego. Z relacji świadków wynika, że pracował w wyjątkowo trudnych warunkach, właściwie bez dostępu do leków czy materiałów opatrunkowych. Poza leczeniem – jeśli w ogóle można było mówić o leczeniu w takich okolicznościach – niósł więźniom pomoc i wsparcie duchowe, budząc w nich siłę swoim poświęceniem i patriotyzmem. Do jego obozowych obowiązków należało również stwierdzanie zgonu osób mordowanych przez Niemców na tzw. Górce, na tyłach fortu. Nigdy nie miał pewności, czy jako świadek zbrodni sam nie zostanie stracony – co ostatecznie stało się wraz z likwidacją obozu i więzienia. Został rozstrzelany 30 lipca 1944 r. w wieku 42 lat.
Drugi z bohaterów tego felietonu, o. Cyryl Aleksander Dardziński, urodził się 21 września 1907 r. w Żebrach koło Łomży jako syn Adama i Stanisławy. Na chrzcie w kościele parafialnym w Wąsoszu otrzymał imię Aleksander. Był uczniem kolegium kapucynów w Łomży, a 14 sierpnia 1927 r. wstąpił do Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów, przyjmując imię zakonne Cyryl. W 1934 r. przyjął święcenia kapłańskie w Lublinie, po czym rozpoczął pracę duszpasterską jako spowiednik, kaznodzieja i misjonarz ludowy. Od 1940 r. był gwardianem klasztoru kapucynów w Zakroczymiu oraz administratorem miejscowej parafii św. Józefa. Już podczas walk pod Zakroczymiem we wrześniu 1939 r. zorganizował w podziemiach klasztoru szpital polowy dla rannych żołnierzy. W czasie okupacji wspierał potrzebujących, organizował pomoc dla rodzin uwięzionych, wysyłał paczki do obozów dla aresztowanych parafian, współbraci zakonnych oraz księży diecezji płockiej. Wbrew okupacyjnym zakazom błogosławił małżeństwa zawierane przez Polaków, a także spieszył z posługą duszpasterską do parafii, z których Niemcy wywieźli księży. Niósł również pomoc duchową i materialną członkom miejscowego podziemia. To właśnie jego przynależność do Armii Krajowej – jak czytamy w kartotece Gestapo – była przyczyną aresztowania go w nocy z 25 na 26 lipca 1944 r. Z Zakroczymia został przewieziony do placówki Gestapo w Nowym Dworze Mazowieckim, a 27 lipca osadzono go w Forcie III. Był jednym z ostatnich więźniów zamordowanych 30 lipca 1944 r., jak można wnosić z ekshumacji w 1945 r. Jego zwłoki rozpoznano po okularach, które nosił do samego końca, a także kamizelce, którą zrobiła mu jego matka. Zapewne czekając na własną śmierć, wspierał innych modlitwą i udzielał im absolucji. Zginął w wieku 37 lat. W kwietniu 1945 r. jego zwłoki pochowano w podziemiach klasztoru kapucynów w Zakroczymiu. Obecnie trwają przygotowania do jego procesu beatyfikacyjnego.






Komentarze obsługiwane przez CComment