ul. ks. Ściegiennego 2, 06-400 Ciechanów 23 672 44 96 sekretariat@tygodnikciechanowski.pl Pon.-Pt.: 8.00 - 15.00

Mroźne pożytki

Zima nie odpuszcza, mrozy też, więc dziś o mroźnych pożytkach uwag kilka. Niskie temperatury notowane w Polsce w przeszłości, łącznie z tą do niedawna rekordową ze stycznia 1940 r., jaką odnotowano w Siedlcach (-41 stopni C), o której przypomniał ostatnio redaktor Ryszard Marut, dla naszych przodków nie zawsze kojarzyły się tylko z zagrożeniami. Wręcz przeciwnie, w niektórych wymiarach życia codziennego w dawnych wiekach, wydawały się one wręcz pożądane. Dotyczyło to zarówno komunikacji i różnych spraw bytowych, jak również zabawy i rozrywki.  

Zamarznięte rzeki i jeziora umożliwiały zimową porą przemieszczenia się mieszkańców z różnych miejscowości leżących bo obu stronach zbiorników lub cieków wodnych, do których normalną porą trzeba było docierać łodzią, promem lub jechać czy wędrować okrężnymi drogami. W mroźną zimę przejście pieszo, przejechanie wozem czy saniami przez rzekę znacznie niekiedy tę drogę skracało. Nawet Wisła, mimo swej szerokości i rwących prądów, w zimę wydawała się dla pieszych całkiem bezpieczna. Przykładem niech będzie Płock, gdzie zimą 1939/1940 r. i na początku 1945 r., na skutek zniszczenia mostu, większość osób udających się z Radziwia do centrum miasta przechodziła przez zamarzniętą rzekę w wyznaczonych miejscach. Podobnie było w innych miastach i miasteczkach, gdzie zostały wysadzone w powietrze mosty. Jeszcze wcześniej, bo w XIX wieku, ówczesna granica państwowa na zamarzniętej Wkrze czy Orzycu kusiła niejednego przemytnika czy zbiega. Również jeziora zimową porą dawały możliwość pieszej wędrówki czy zimowej zabawy. Weźmy dla przykładu całkiem spore Jezioro Zdworskie koło Łącka. Poza zimową porą, aby szybko dotrzeć ze Zdworza do Koszelówki i dalej drogami w kierunku Grabiny, Ciechomic czy Dobrzykowa, trzeba było jechać na około jeziora, albo płynąć łódką. W zimę wystarczyło z jednego brzegu przejść na drugi, albo przejechać go wozem lub saniami. Swoją drogą pamiętam, jak pod koniec lat osiemdziesiątych moi koledzy ze Zdworza jeździli po jeziorze Fiatem 126p. Pokazy hamowania, różne manewry i samochodowe piruety wyglądały dość efektownie, zwłaszcza dla młodych ludzi, choć dziś wiem, że mogły skończyć się tragedią. Ale całe szczęście nic się nie stało, a ja na własne oczy widziałem samochody jeżdżące po jeziorze. Z tego co pamiętam chętnych, którzy w ten sposób skracali sobie wtedy drogę było znacznie więcej. Natomiast chodzenie po Jeziorze Zdworskim, a także innych jeziorach w okolicy, na przykład w Soczewce czy Grabinie, bywało w tamtych czasach normą, znaną od dziada, pradziada, bo i zimy bywały wtedy bardziej mroźne, jak ta, której obecnie doświadczamy. 

Mroźne zimy były także okresem „lodowych żniw” dla tych, którzy kiedyś utrzymywali się z produkcji i handlu lodem. W niektórych miejscowościach północnego Mazowsza do dziś zachowały się jeszcze pozostałości po dawnych lodowniach, czy jak mówią niektórzy, fabrykach lodu. Niektóre z nich miały formę murowanych ziemianek, inne były murowanymi budynkami stojącymi na powierzchni, a wszystkie łączyło to, że dzięki specjalnej konstrukcji i izolacji przechowywano w nich bryły lodu, pozyskiwane zimą z pobliskich rzek, jezior i stawów. Jedna z takich lodowni znajdowała się w Płocku, u podnóża Skarpy Wiślanej, w części miasta nazywanej Rybakami (dzisiaj to nazwa ulicy). W lodowni tej przechowywano tafle (bryły) lodu pochodzące z pobliskiej Wisły. Wycinano je specjalnymi piłami lub wyrąbywano siekierami i przewożono na saniach na Rybaki. Zanim jednak bryła lodu spoczęła w lodowni obrabiano ją do odpowiednich rozmiarów i polewano gorącą wodą, co w mroźnych temperaturach powodowało jeszcze większe utrwalanie masy lodowej. Lodowe bryły sprzedawano różnym firmom i osobom prywatnym w mieście, a także transportowano do innych, niekiedy nawet dalej położonych, miejscowości. Przykładem zapotrzebowania na takie bryły lodowe była istniejąca w Mławie od początku XX wieku hala targowa przy dawnej ulicy Działdowskiej (dziś Żwirki), gdzie w piwnicach budynku głównego znajdowały się chłodnie używane przez właścicieli rzeźniczych jatek. W chłodniach tych przechowywano mięso i różne wyroby mięsne. Oddzielne chłodnie służyły do przechowywania ryb. Również pierwsze prototypy dzisiejszych lodówek, na czele ze słynnymi „Eskimosami”, hitem okresu międzywojnia, które miały kształt szafki kuchennej, takiego lodu potrzebowały. Były to drewniane szafki, w których po prawej stronie znajdowała się komora obita ocynkowaną blachą na produkty żywnościowe, a po lewej stronie komora do przechowywania lodu, ze specjalnym kranikiem, skąd ściekała woda z rozmarzającego lodu. W latach dwudziestych czy trzydziestych taka domowa chłodziarka (lodówka) była przejawem luksusu i zamożności. Stać na nią było tylko bogatszych. Do dziś niektóre z zachowanych „Eskimosów” można podziwiać w Muzeum Techniki w Warszawie, w Skansenie im. Marii Żywirskiej w Brańszczyku czy w Muzeum Miasta Gdyni.

Śnieg i mróz to również nieodłączny element rozrywki i tradycyjnej obrzędowości naszych przodków. Przede wszystkim chodzi mi o słynne, nie tylko na Mazowszu oczywiście, kuligi, czyli zaprzęgi konne z przyczepionymi saniami. Bez takich zaprzęgów, często z udziałem większej grupy osób (orszaki), trudno było sobie wyobrazić zabawę karnawałową. Gdy więc dawniej w zapusty śniegu zabrakło i mrozów nie doświadczono poczytywano to wręcz za fatum. Co prawda zwyczaj kuligów dotyczył początkowo głównie szlachty, w tym również drobnej szlachty, to jednak z czasem stał się elementem powszechnej kultury ludowej. Poza kuligami popularne w mroźne zimy były również łyżwy i sanki. Przy czym nie chodziło tu o duże sanie, które służyły głównie do transportu ludzi i towarów, ale o mniejsze sanie (sanki) robione domową robotą z myślą o zabawie na śniegu. Również pierwsze łyżwy, przypinane do butów, były zazwyczaj domowej roboty. Także drewniane narty, które zimą cieszyły się dużą popularnością, były wykonywane domową robotą. Dziś mamy sztuczne stoki, sztuczny śnieg i lodowiska, ale tych prawdziwych, mroźnych i śnieżnych zim, nic nie zastąpi. Może więc warto wykorzystać to, co nam w tym roku natura sprezentowała.

Komentarze obsługiwane przez CComment