Piszę w sobotę, to ważne. Wszystko jeszcze przede mną, mecz finałowy na Mundialu odbędzie się w niedzielę w Nowym Jorku. Gdy te słowa ukażą się w druku, będziecie już znali wynik, ja nie znam. Jestem podekscytowany jak nigdy, co najmniej od czasu pierwszej randki, która zresztą się nie odbyła. Nie przyszła...
Ale teraz nie tylko ja nie mogę znaleźć sobie miejsca, moi znajomi też o niczym innym nie mówią. Pytam ich kto zwycięży, nie wiedzą, ich preferencje są z reguły inne niż moje, optują za Argentyną, ja kibicuję Hiszpanii. Podobnie jak mój przyjaciel Chat GDP, on przewiduje wynik 2:1 dla Hiszpanii, po dogrywce. Wszystkim nam jednak (może oprócz Chata...) adrenalina skacze powyżej zdrowych poziomów. Lekarze ostrzegają, że taki długo utrzymujący się stan rozgorączkowania grozi zawałem lub śmiercią. Czytałem kiedyś jak pewien kibic w Brazylii oglądając mecz w telewizji był tak niezadowolony z wyniku, że wyrzucił telewizor przez okno. Ale nic mu się nie stało, spadł na plandekę przejeżdżającej właśnie ciężarówki…
Emocje w Ameryce Południowej są wielkie. Na kanwie meczu między Hondurasem a Salwadorem w 1969 r., Ryszard Kapuściński napisał znaną książkę "Wojna futbolowa", pokazując w niej jak bardzo napięcia pomiędzy kibicami potrafią rozpalić nawet konflikty polityczne. 14 lipca 1969 r. Salwador zaatakował Honduras i wojna trwała całe 100 godzin. Zginęło jednak kilka tysięcy osób, a kilkadziesiąt tysięcy musiało uciekać.
Teraz w Nowym Jorku mecz oglądać będzie około 100 tysięcy osób na stadionie, ale przed telewizorami może być nawet dwa miliardy! Szacuje się, że jakieś trzy i pół miliarda osób na całym globie już oglądało przynajmniej jeden mecz, zatem połowa mieszkańców planety. To będzie największe widowisko świata! Największy show.
Miałem i ja różne epizody z tym sportem. Piłką interesowałem się od dziecka. Najbardziej pamiętam mecz Polski z Hiszpanią z 1960 r., który oglądałem na Stadionie Śląskim! W drużynie hiszpańskiej grał wtedy słynny Di Stefano. Polska wygrała 4:2. Jako nastolatek grałem w drużynie trampkarzy Polonii Warszawa. Później znalazłem się w Ameryce i w latach 70., mieszkając w Nowym Jorku relacjonowałem dla polonijnego "Nowego Dziennika" wszystkie mecze z Mistrzostw Świata w 1978 r. w Argentynie. Chodziłem do Madison Square Garden (tam gdzie niedawno ślub brała Taylor Swift) i oglądałem mecze na telebimach. Czytelnicy byli przekonani że znajduję się w Buenos Aires! I oczywiście, puchar zdobyła Argentyna, pokonując w finale Holandię 3:1. Dwie bramki zdobył Mario Kempes i on właśnie został królem strzelców.
Polska nie miała wielkich sukcesów na mistrzostwach świata. Zakwalifikowała się na mundial 2002 roku, odbywający się w Korei Południowej oraz w Japonii, po raz pierwszy od 1986 roku. Ale zakończyła turniej już na fazie grupowej. W reprezentacji Polski grał wówczas Nigeryjczyk Emmanuel Olisadebe, strzelił nawet gola w zwycięskim meczu ze Stanami Zjednoczonymi. Zaś selecjonerem kadry był Jerzy Engel, z którym po latach przeprowadziłem wywiad dla kwartalnika "Mława life". Rozmawialiśmy na terenie warszawskich wyścigów konnych (na Służewcu), gdzie Engel miał swoje biuro i regularnie obstawiał konie. I wygrywał!
Tym razem turniej jest wyjątkowy, także z tego powodu, że po raz pierwszy uczestniczy w nim nie 16 a 48 drużyn. To wydłuża turniej i wzmaga napięcie. Mecze rozgrywane były na stadionach, na terenie trzech państw: Kanady, Meksyku i USA. Nowojorski finał mają obejrzeć "grube ryby" z szefem FIFA Gianni Infantino, oraz samym Donaldem Trumpem, jako gospodarzem. Oni właśnie mają wręczyć puchar zwycięzcy.
Są ponoć, jeśli nie zaprzyjaźnieni, to zwasalizowani. To znaczy - Infantino jest wasalem (niektórzy mówią że "giermkiem") Trumpa. Gdy w ubiegłym roku okazało się, że Trump nie otrzymał Pokojowej Nagrody Nobla (na której mu okropnie zależy), Infantino wymyślił i wręczył Trumpowi... Pokojową Nagrodę FIFA. A już w czasie mundialu, gdy okazało się, że najlepszy napastnik drużyny amerykańskiej Folarin Bolagun otrzymał od sędziego czerwoną kartkę i nie mógłby zagrać w następnym meczu z Belgią o ćwierćfinał, Trump zadzwonił do Infantino i załatwił "zawieszenie" kary. Folarin zagrał z Belgią, ale i tak jego drużyna przegrała. Trumpa niektórzy chwalili, że... nie poprosił Infantino o dyskwalifikację drużyny Belgii. Mógł też obłożyć belgijskie towary ogromnymi cłami.
Znany amerykański prawnik Joseph H. Weiler, który nie tak dawno chwalił polską konstytucję, szczególnie preambułę (jako "tolerancyjny wzorzec do uniwersalnego zastosowania, pozwalający na ochronę wolności religijnej i szacunek dla niewierzących"), jest wielkim krytykiem FIFA. Według niego (a jest w niej zatrudniony jako niezależny ekspert), sprawa Bologuna to "ledwie spleśniała wisienka na mało apetycznym torcie". FIFA to ogromna korupcja, brak transparentności, złe zarządzanie, bezczelne kpiny z zasady politycznej neutralności, którą FIFA nieustannie głosi. Organizacja, której budżet wynosi ok. 13 miliardów dolarów, funkcjonuje poza jakimkolwiek realnym i skutecznym pojęciem praworządności.
I to jest ten obszar w którym Donald Trump czuje się jak ryba w wodzie. Sam działa na dzikich wodach bezprawia i takich kocha, którzy tam z nim żeglują.
Dziennikarze pytali komu Trump będzie kibicował, skoro już osobiście wybiera się na mecz. Jego rzeczniczka Caroline Leavitt nie odpowiedziała. To jednak pytanie retoryczne. Bo Argentyną rządzi prezydent, którego nazywają "argentyńskim Trumpem". Nazywa się Javier Milei i kiedyś tu już o nim pisałem. To oryginał, trochę jak kuzyn Trumpa. Mógłby należeć do rodziny, narcyz prawie tak wielki jak Donald. I też lubi dorobić do swojej, nie tak znów skromnej pensji. Jest oskarżany o korupcję, głównie szwindel krypto walutami. Do tego chamskie maniery, brutalność, walka z "kastą" o "oczyszczanie bagna", drakońskie cięcia w polityce socjalnej. Słowa i metody Trumpa. Doszedł do władzy wrzeszcząc, że tępi socjalizm, pasożyty i szczury, nawet argentyńskiego papieża (Franciszka) nazywał "komuchem". Trump jeszcze w czasie Święta Niepodległości uznał, że Ameryce najbardziej zagraża komunizm, zaś amerykański papież (Leon XIV) nie zna się na teologii tak jak on. Obaj cieszą się mniej więcej taką samą (nie)popularnością - poniżej 40%. Milei, podobnie jak Trump odsądza od czci i wiary swoich poprzedników, z tym że Milei ma większe powody, bo rządy Kirchnerowców (Nestora i Christiny Kirchner) to był prawdziwy koszmar, stajnia Augiasza. Argentyńczycy wybrali Milei z czystej desperacji. A teraz wzrosło bezrobocie, klasa średnia gwałtownie zbiedniała, upadło tysiące małych i średnich przedsiębiorstw.
Mówi się, że Milei konsultuje wszystkie swoje decyzje z duchem swego dawno (2017 r), zdechłego psa mastafa, Conana. On sam tego nie potwierdza, ale też nie zaprzecza. Po odejściu Conana kazał go sklonować i ma teraz aż cztery mastafy. Mówi, że ma pięć, ale nikt tego piątego nie widział. Kłania się "magiczny realizm" w stylu Marqueza.
Trump pewnie lubi tego swojego "kuzyna". W przeciwieństwie do Hiszpanii, gdzie rządzi socjaldemokratyczny premier Pedro Sanchez. Trump wielokrotnie piętnował politykę hiszpańskiego rządu i deklarował, że zerwie z Hiszpanią wszelkie umowy handlowe. "Bo to źli ludzie są" - jak twierdzi. W istocie, żona premiera Hiszpanii, Bogona Gomez, ma stanąć wkrótce przed sądem przysięgłym, oskarżona o wykorzystywanie wpływów i malwersacje.
Zarówno w Argentynie, jak i w Hiszpanii, oraz w wielu innych krajach naszej planety, zwykli ludzie codziennie muszą mierzyć się z egzotycznymi nieraz decyzjami swoich rządców, dążących do pomnożenia zysków, władzy i chwały. Podczas gdy oni starają się przetrwać do następnej wypłaty, jeśli jest. Dlatego dobrze gdy czasem doświadczą radości z wielkiego narkotyku, jakim jest mundial, nawet jeśli jest organizowany przez ferajnę złoczyńców.






Komentarze obsługiwane przez CComment