W poprzednim felietonie pisałem o wichurach na dawnym Mazowszem, a dziś – za namową stałych Czytelników – chciałem wyruszyć w kolejną wędrówkę śladami niecodziennych zjawisk i przypomnieć o kometach i meteorytach, które nawiedzały Mazowsze.
Co prawda wiadomości na ich temat znamy już ze średniowiecznych roczników i kronik, to jednak tym razem zacząć mi wypada od wydarzenia wyjątkowego w historii zjawisk astronomicznych, zarówno w skali kraju, jak i świata, czyli słynnego deszczu meteorytów, który spadł półtora wieku temu w okolicach
Pułtuska.
Deszcz meteorytów nad Pułtuskiem
Był czwartkowy wieczór 30 stycznia 1868 r. około godziny dziewiętnastej, kiedy w wielu miejscach Polski, której nie było na ówczesnych mapach politycznych Europy, zaobserwowano na niebie „ognistą kulę”, a potem deszcz meteorytów, jak się okazało, największe tego rodzaju zjawisko, jakie dotąd zaobserwowano. Było ono efektem rozpadu superbolidu, uważanego początkowo za przybysza spoza Układu Słonecznego (według obliczeń Johanna Gottfrieda Gallego), ale współcześnie uznanego za fragment planetoidy Hebe, krążącej pomiędzy orbitami Marsa i Jowisza. Meteoryt ten, złożony z drobnych okruchów skalnych, z dużą zawartością żelaza (kamacytu), rozpadł się na północny wschód od Pułtuska, a elipsę jego rozpadu na podstawie odnalezionych kawałków, nazywanych „grochem pułtuskim”, wykreślono od miejscowości Wielgolas – Bartodzieje – Psary na południu do miejscowości Rzewnie – Chrzczony – Boruty na północy (w sumie obszar około 127 km²). Całkowitą masę spadku deszczu meteorytów szacuje się na blisko 9 ton, a liczbę odnalezionych odłamków na około 70 tys. Jak donosił krakowski „Czas” sam Ignacy Wawrzecki z Pułtuska zebrał około 1700 okazów różnej wielkości, kształtu i odmian. Największy z nich pochodził z Gostkowa, a najmniejszy z Wielgolasu. Sporo odłamków znaleziono też w Rzewni, Borutach, Sielcu, Rozdziałach, Ciołkowie i Obrytem. Blisko tysiąc z nich do dziś można oglądać w Polsce, między innymi w Narodowym Muzeum Techniki w Warszawie oraz w Muzeum Geologii Uniwersytetu Warszawskiego, ale największy – liczący ponad 9 kilogramów – znajduje się w zbiorach Muzeum Historii Naturalnej w Londynie.
Zaobserwowane na niebie ciało, nazwane potem meteorytem Pułtusk, wywołało wielkie zainteresowanie – na łamach tygodnika „Kłosy” ukazała się rycina przedstawiająca pędzący meteoryt („ognistą kulę”) wraz z warkoczem – ale i strach u wielu osób, które zjawisko to widziały, na przykład w Warszawie. Co prawda same odłamki nikomu nic nie zrobiły, ale przerażenie wśród ludzi na widok „ognistej kuli” było wielkie. Jak pisano w prasie niektóre z kobiet znajdujących się na ulicy z przerażenia poupadały na ziemię, kilka osób uderzyło głową w słup, jedna staruszka skręciła nogę, a trójka dzieci niegroźnie zraniła nogi. Dwa dni po tym wydarzeniu na łamach „Kuriera Warszawskiego”, w jednej z pierwszych na ten temat relacji, Jerzy Aleksandrowicz pisał: „Ponieważ dla wielu niezwyczajne to zjawisko musi być zagadką i niejeden zapewne uczynił już rachunek sumienia, sądząc że zbliża się koniec świata: dla uspokojenia przeto lękliwszych umysłów, poczytujemy za obowiązek tę dziwną a krótkotrwałą iluminację powietrzną objaśnić ze stanowiska naukowego. Kula ognista, co niejednego w rzeczy samej mocno strwożyła, był to aerolit, który z wyżyn pozaatmosferycznych zstąpił na ziemię naszą i legł wedle wszelkiego prawdopodobieństwa w dość wielkiej od nas odległości, rozerwany na kawałki. Ten huk, cośmy słyszeli, był właśnie sygnałem jego przybycia do oznaczonej mety, ostatnią salwą dla swobodnego nieskończonej przestrzeni wędrowca. Jeśli spadł w bliskości wsi, mamy nadzieję iż szczątki jego zebrane zostaną i że takowe oglądać będziemy w zbiorach gabinetu mineralogicznego, a wtedy niejeden się zdziwi, jak taki niepozorny głaz mógł tak rzęsisto karnawałowy wieczór oświetlić”.
Naukowe wyprawy śladami „ognistej kuli”
Jak się okazało nie były to czcze obietnice. W jednym z późniejszych numerów „Kuriera Warszawskiego” czytamy, że kiedy doszły do Warszawy wieści, że odłamki meteorytu spadły w okolicach Pułtuska, natychmiast Szkoła Główna Warszawska wydelegowała w tamte okolice profesora matematyki Tytusa Babczyńskiego i adiunkta Obserwatorium Astronomicznego Karola Deike, aby zebrali odłamki, a także przesłuchali świadków, celem „oznaczenia drogi i chyżości meteorytu”. Dzięki nim ustalono, że meteoryt Pułtusk wpadł w atmosferę ziemską na linii zenitarnej Strykowa i przebiegł aż do spadnięcia 23 i pół mili geograficznych, czyli około 176 km, z prędkością 6,6 mil (około 50 km/sekundę). Największy z odnalezionych przez warszawskich akademików kawałków ważył około 7 kilogramów. Analiza chemiczna znalezionych okazów wykazała, że zawierały one „najwięcej części magnetycznych i krzemianów rozpuszczalnych bądź nierozpuszczalnych w kwasie solnym”. Nim jednak głos zabrali naukowcy na łamach „Dziennika Warszawskiego” poinformowano, że właśnie pewien pan przywiózł z Pułtuska „odszczypek od kawałka tego straszydła”. Miał on ciężar rudy żelaza, „kolor jego w złomie szaropopielaty, w niektórych miejscach błyszczący jakby metaliczny, a w innych matowy; zewnętrzna zaś strona czarna ze złotymi punktami”.
Dodajmy, że pojawienie się meteorytu w 1868 r. opisywane było również w całej niemal prasie krajowej, a także w czasopismach zagranicznych. W szczegółach o zjawisku tym oraz o prowadzonych nad meteorytem badaniach pisały między innymi: „Dziennik Warszawski”, „Dziennik Poznański”, „Czas”, „Gazeta Polska”, „Gazeta Warszawska” „Tygodnik Ilustrowany”, „Kurier Codzienny”, „Kurier Warszawski”, ale również „Breslauer Zeitung”, „Le Siècle” czy „La Nature”. Jednym słowem o Pułtusku i o „grochu pułtuskim” było głośno jeszcze wiele lat później, o czym świadczą badania profesora Jana Samsonowicza, wybitnego geologa i paleontologa z Uniwersytetu Warszawskiego, który w okresie międzywojnia dwukrotnie przemierzył obszar spadku meteorytu, a po wojnie opublikował krótki tekst na temat tego wyjątkowego w dziejach Mazowsza zjawiska.
Nie tylko meteoryt nad Pułtuskiem
Skoro tyle uwagi superbolidowi znad Pułtuska poświęcali naukowcy, dziennikarze i zwykli obserwatorzy tego, co działo się na niebie 150 lat temu, to trudno dziwić się, że podobne zjawiska znajdowały swoje upamiętnienie również w znacznie starszych zapisach dotyczących Mazowsza i Polski. O jednym z meteorytów czytamy w roczniku Jana z Targowiska pod rokiem 1408. Z kolei w opisie komet szczególnie lubował się Jan Długosz, który w swoich „Rocznikach czyli kronikach sławnego Królestwa Polskiego”, opierając się nie tylko na własnych obserwacjach, ale przede wszystkim na zapisach innych kronikarzy i astronomów, odnotował pojawienie się kilkunastu komet od XI do XV wieku. Będąc synem swojej epoki w ich pojawieniu się widział zapowiedź ważnych wydarzeń lub nadchodzących kataklizmów czy nieszczęść. Jak zapisał pod rokiem 1468, pojawienie się na niebie dwóch komet „wielu ludzi napełniło przestrachem, gdyż wróżono z nich jakieś klęski, mór, głód, odmianę królestw, albo zgon któregoś z panujących”. I dodał, że „nie tylko między uczonymi, ale i u ludu prostego utrzymuje się to mniemanie, że komety są przepowiedniami upadku państw lub monarchów”. Choć historycy nie dają wiary wszystkim opisanym przez Długosza zjawiskom na niebie, to jednak większość z nich, potwierdzona w innych źródłach, nie powinna budził wątpliwości. Trzy z nich, odnotowane pod rokiem 1301, 1378 i 1456 niewątpliwie odnoszą się do tej samej komety, zwanej od XVIII wieku kometą Halleya. Z kolei wzmianka o komecie z 1468 r., widzianej również na mazowieckim niebie, uważana jest za pierwszą europejską wzmiankę o tej komecie, a za jej odkrywcę uważa się polskiego astronoma Marcina Bylicę z Olkusza, autora jej prognostyku. Również on sporządził prognostyk komety obserwowanej w Polsce i w krajach ościennych w styczniu 1472 r. Była to zarazem ostatnia z opisanych przez Długosza komet, której obecność na niebie potwierdzają inne roczniki, w tym śląskie i pruskie.I na koniec jeszcze ukłon w kierunku Płońska, gdzie w XIX wieku działał słynny lekarz i astronom Jan Walerian Jędrzejewicz, już nieraz przeze mnie przy różnych okazjach przywoływany. To on właśnie na dwa miesiące przed śmiercią dokonał obserwacji i opisu komety Olbersa, odkrytej w Bremie w 1815 r. przez niemieckiego astronoma Heinricha Olbersa, również lekarza, astronoma i inżyniera, współpracownika profesora Uniwersytetu w Getyndze Karla Friedricha Gaussa. Wspomniana kometa należąca do grupy komet okresowych typu Halleya, pojawiła się na terenie Polski (państwa tego wtedy nie było) na przełomie sierpnia i września 1887 r. W Płońsku Jan Jędrzejewicz dostrzegł ją po raz pierwszy 6 września 1887 r., kiedy była – jak pisał w odnalezionym ostatnio rękopisie – około 40 milionów mil od Ziemi i miała kształt „błyszczącej otoczki z jaśniejszym środkiem i wydłużeniem zwiastującym tworzenie się warkocza”. Z kolei 28 września, kiedy znajdowała się około 38 milionów mil od Ziemi, była już znacznie jaśniejsza z błyszczącym jądrem w środku, wydłużającym się w prosty i jasny warkocz. Natomiast w drugiej połowie października – jak pisał płoński astronom na łamach „Wszechświata” (nr 43/1887) – kometa ta oddalając się coraz bardziej od Słońca będzie tracić swój blask aż do zupełnego zniknięcia w grudniu. I rzeczywiście zniknęła w grudniu, razem z jej płońskim obserwatorem, który zmarł 19 grudnia 1887 r. w Płońsku, zarażony tyfusem. Czyżby i w jego wypadku, jak w starożytności i średniowieczu sądzono, pojawienie się komety na niebie, wieściło śmierć i nieszczęścia?






Komentarze obsługiwane przez CComment