Cóż za emocje, stres i gra nerwów… na zimowej olimpiadzie we Włoszech. Mam na myśli głównych aktorów tego widowiska i ich najbliższych: trenerów, teamy oraz rodziny, ale również nas widzów. Jedni „na żywo” w Mediolanie i Predazzo, drudzy na kanapach przed telewizorami (w tym niżej podpisany). Znajdując się w tej najbezpieczniejszej grupie, próbuję sobie wyobrazić co czują i jak znoszą tę presję sami uczestnicy.
Wiadomo, że polscy zimowi sportowcy, poza nielicznymi wyjątkami, nie są faworytami tych igrzysk. W wielu dyscyplinach stanowimy tylko tło, w niektórych nas w ogóle nie ma. W miniony weekend mieliśmy okazję zobaczyć aktorów pierwszoplanowych, walczących o medale z najdroższego kruszca. Ich starty, wpadki i upadki.
Dyscyplina, która jest ozdobą każdej zimowej olimpiady – jazda figurowa na lodzie. W piątkowy wieczór w Mediolanie wielka artystyczna uczta sportowa z udziałem najlepszych łyżwiarzy. Ale okazuje się, że dotychczasowe umiejętności, osiągnięcia, pasmo sukcesów w jednej chwili nic nie znaczą. Boleśnie przekonał się o tym Amerykanin Ilia Malinin, który w finale olimpijskim tej pięknej dyscypliny poniósł spektakularną klęskę. Dzień wcześniej bezbłędnie zaliczył jazdę obowiązkową i z wielką przewagą punktową czekał spokojnie na swój występ. No właśnie, czy spokojnie… Jako mistrz wszedł na lód ostatni. Z olimpiady Malinin miał wyjechać z 15. zwycięstwem z rzędu, złotym medalem olimpijskim i mianem solisty, który na igrzyskach jako pierwszy i jedyny skoczył poczwórnego axla. Kamera przybliżyła twarz wchodzącego na lód młodego chłopaka, a mnie się wydawało, że w jego oczach widać… przerażenie.
Cisza, nieruchoma pozycja, muzyka, ruszył… Ale wystarczyło kilkanaście sekund i już jest zwiastun katastrofy. Poczwórny axel zamienia się zaledwie w pojedynczego, zaraz po tym Ilia zalicza upadek na lód, podparcie, i znów upadek… Każdy kolejny błąd paraliżuje go. Chce jak najszybciej to zakończyć. Wreszcie muzyka cichnie, a załamany zawodnik zjeżdża z lodu, zakrywa twarz dłońmi, w oczach łzy. - Zawaliłem. Nie czułem nic poza nerwami - mówi łamiącym głosem 21-latek. Wirtuoz łyżew, niepokonany przez ostatnie dwa lata mistrz przegrał sam ze sobą. - Kiedy przyjąłem pozycję startową, wszystkie traumatyczne chwile mojego życia zaczęły napływać mi do głowy. Nie radziłem sobie z tym – wyznał Malinin.- To nie są zawody jak każde inne. To igrzyska olimpijskie. Przytłoczyło mnie to.
Skoki narciarskie. Dla nas to jedyna z dyscyplin zimowych, w której możemy odegrać jeszcze jakąś rolę na olimpiadzie. Tu też emocje rosną wraz z rozmiarami skoczni. Rena Nikaido, japoński skoczek, który wcześniej zdobył brąz na skoczni normalnej, tym razem na wielkiej skoczni w Predazzo jest zainteresowany złotem. Pierwszy, fantastyczny skok go w tym utwierdza, ma sporą przewagę nad najgroźniejszymi rywalami. Kiedy jednak siada po raz drugi na belce dopada go trema, nie wytrzymuje presji, psuje skok i traci prawie 7 pkt. do Słoweńca Domena Prevca. Zdobywa „tylko” srebro i jest załamany. Czekający na niego na zeskoku koledzy z reprezentacji próbują go pocieszać, a Nikaido nie może się uspokoić, głośno płacze w objęciach ojca, który też zjawił się pod skocznią. Smutek na twarzy wicemistrza widać było nawet na ceremonii medalowej.
W kontekście tych dwóch historii przegranej wojny z nerwami, rozczarowania, złości i smutku mistrzów występy i zachowanie naszego Kacpra Tomasiaka, zarówno na małej, jak i wielkiej skoczni to nadzieja i miód na serca polskich kibiców. Spokój, równowaga psychiczna, kontrola emocji – zarówno przed, jak i po starcie. Widać i słychać to było również w jego gestach i wypowiedziach.
Tych cech mogliby się uczyć od 19-letniego Polaka zarówno Amerykanin, jak i Japończyk. Wydaje mi się, że rośnie nam mistrz, który poradzi sobie nie tylko z każdą skocznią, różnymi warunkami, ale również ze swoimi emocjami.






Komentarze obsługiwane przez CComment