Spozieram ku wschodowi - Moskwa płonie. A ja stawszy na balkonie, spozieram jako Moskwa płonie, jako śpiewał trubadur Kazko.
Spozieram ku zachodowi – Germanie biją. Robko Bździszewicza biją, jako Janko Maryję Borutę onegdaj. Spozieram ku południu – pióro gęsie i kałamarz we prawicy król jankeski dzierży. Sympatyczny to pewno atrament, jeno zawżdy coś. Spozieram ku północy – morze bałtyckie czeka, coby we zimnej wodzie jako ciul przeze minut mendel postać. Spozieram ku górze – słonko promieniowaniem superfiolerowym lico grzeje nade ef pół kopy i pięć. Spozieram we dół – posuchy posucha, a i grzyb gdzieniegdzie. Zaprawdę powiadam wam, zewsząd widoki miłe u wakacyj progu.
Zaiste, wakacyj czas nadchodzi. Jako wiosnę boćki, żmije i buhaje zwiastować raczą, takoż lato na ciechanowskiej ziemi trubadur Skoli… wrrróć… trubadur Kazko wieszczy ze trupą swą Bożyszcze. Albowiem rzucą we kąt tornistry swe dziatki nasze, aże jadło spleśniałe we sierpniu najdziem, a kiedy wojaż na kanikuły uczynić raczyli wżdy nasi podopieczni i nie masz dziatków we chałupie, tedy my niegrzeczni. I niechaj was nie zwiedzie, iże na łepetynie kwietny ci u nas wianek, we prawicy zielony badylek, przede nami bieży baranek, a nade nami lata motylek. Tańcujem przeto na łące, albowiem łąka to słońce. I cóż, że chałupa nasza murem podzielona, podzielone murem schody, po lewicy łazienka, po prawicy kuchenka. Najjaśniejsza to Rzeczpospolita, mieszkać raczym we najjaśniejszej Rzeczypospolitej, mieszkać raczym tudzież, tudzież, tudzież.
Cóż tedy czynić we wakacyj ów czas krasny? Ano cóż dusza zapragnie, waćpanny i waszmościowie. Kiedy spokoju nam trzeba, okowitę i miód pitny spożywać w spokoju we chałupie możem, nie bacząc iże prohibicya. Kiedy przetrwania sztuka nam miła, we zimnej bałtyckiej wodzie przeze minut mendel jako ciul postać możem. Kiedy nam dutków zbytek, pode wierchami ciupaską oscypek konsumować możem. Kiedy nam boje i terror niestraszne, pode palmami kul armatnich świstu słuchać i na wielbłądzie za dronami gonić. We krubińskich odmętach paskudy poszukać możem, we zamku murach czarną bestyję czworonożną smyczą postraszyć, we wieży ciśnienie zwiększyć. U szlachty sarmackie korzenie wspomnieć, u Muńka romantyzmu lekcye pobrać, u Olka u podstaw robotę począć. Beze spadochronu skok uczynić, Germanom na mundyalu kibicować, obaczyć dokąd tupta nocą jeż. Najechać sąsiednią krainę i narzucić swą ideologyę. Li nie czynić nic, jeno leżeć ku górze nabiałem. A na koniec możem do mera przasnyskiego się udać, coby o tem pogadać.
Zaprawdę powiadam wam, róbta co chceta, albowiem we wolnej krainie, gdzie bursztynowy świerzop, żywot swój wiedziem i nie będzie Germanin we lico nam pluł i nakrętki przytwierdzał. Korzystać tedy raczmy z owej kapki duchoty, albowiem nie ma tudzież słońca przeze nieomal miesięcy pół tuzina, przeto sarmaci agresywni. Podkręcić tedy raczmy wąsa, przyodziać raczmy odświętną żonobijkę, onuce i ciżemki najlepsze ze kuboty obuć raczmy, kołczan prawilności na pas, we prawicę jedną ze Bożej Krówki kiesa, parawan we prawicę wtórą i hej, ku przygodzie.
I niechaj narodowie wżdy postronni znają, że Polacy nie gęsi, iże swój styl mają.






Komentarze obsługiwane przez CComment